POLITYKA

Czwartek, 21 lutego 2019

Polityka - nr 52 (3091) z dnia 2016-12-19; s. 34-37

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Bunt prowincji

Politycy rozgrywają na swoją korzyść istniejące konflikty, często je wręcz wywołując. Wybory w Polsce, a także w innych krajach, wskazały na nową, najbardziej teraz wydajną wojnę. To starcie miast i prowincji.

Wyborcze realia wielu krajów coraz bardziej się do siebie upodobniają. Wystarczy spojrzeć na ostatnią prezydencką elekcję w Stanach Zjednoczonych. Na mapie pokazującej wyniki głosowania w poszczególnych okręgach (to mniej więcej odpowiednik powiatów) widać powtarzalną prawidłowość. Nowy Jork niebieski, dla Hillary Clinton; jeszcze od północy, od Connecticut, Massachussets i inteligenckiego Bostonu styka się z innym niebieskim polem, ale już od wszystkich pozostałych stron, poczynając od położonego tuż za miedzą New Jersey, otacza go czerwone morze Donalda Trumpa. Podobnie z Filadelfią – samo miasto dla Clinton, ale czerwone okręgi zaczynają się tuż za rogatkami tego historycznego miasta. Nawet Atlanta, stolica jednego z południowych, konserwatywnych stanów (z tzw. pasa biblijnego), Georgii, jest niebieska, ale wygląda jak mała wysepka na oceanie poparcia dla Trumpa.

Nie inaczej było w brytyjskim referendum za pozostaniem w Unii Europejskiej. Poparcie dla Brexitu rosło wprost proporcjonalnie do odległości od londyńskiego City czy centrów dużych ośrodków. Kiedy się spojrzało na mapę brytyjskiej wyspy, to miasta można był...