POLITYKA

Wtorek, 11 grudnia 2018

Polityka - nr 16 (2650) z dnia 2008-04-19; s. 36

Raport

Buty nie kupują butów

Rozmowa z profesorem Jerzym Osiatyńskim, ekonomistą

Jacek Żakowski: – 64 proc. czytelników portalu „Polityki” popiera rządową propozycję wprowadzenia podatku liniowego. Przeciw jest 29 proc. A pan?

Jerzy Osiatyński: – Jestem przeciw.

Więc należy pan do zdecydowanej mniejszości.

Może to jest mniejszość, która zadała sobie trud sprawdzenia, czym jest podatek liniowy i coś na ten temat wie.

Są tacy, którzy coś wiedzą i popierają propozycję rządu.

A co rząd proponuje?

Podatek liniowy.

Ale jaki podatek liniowy?

Między 17 a 19 proc.

To wiadomo, ale nie wiadomo, co dalej.

Czego nie wiadomo?

Właściwie niczego. Powiedzieć, że wprowadzimy podatek liniowy między 17 a 19 proc., to – jak w słynnym dowcipie – powiedzieć, że kupimy samochód czerwony lub w innym kolorze. Prawie niczego się z takiej informacji nie dowiadujemy.

Czego się nie dowiadujemy?

Przede wszystkim nie dowiadujemy się, kto straci, a kto zyska, ani czy podatki ogółem spadną czy wzrosną. Nie wiemy, jaki to będzie miało wpływ na wzrost gospodarczy ...

Jerzy Osiatyński, ekonomista. Pracował w Szkole Głównej Handlowej, na Uniwersytecie Cambridge, w GUS. Minister -kierownik Centralnego Urzędu Planowania w rządzie Tadeusza Mazowieckiego oraz minister finansów w rządzie Hanny Suchockiej. Był doradcą Banku Światowego oraz rządów Ukrainy, Mołdowy, Bułgarii, Rumunii, Tadżykistanu, Kirgistanu, Kazachstanu i Macedonii. Profesor ekonomii w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN i w Wyższej Szkole Bankowości i Finansów w Bielsku-Białej.

Półentuzjazm

Rozmowa z Robertem E. Hallem, profesorem ekonomii Uniwersytetu Stanforda, członkiem amerykańskiej Akademii Nauk, współtwórcą koncepcji podatku liniowego

Andrzej Lubowski: – O co naprawdę panom chodziło z tym podatkiem?

Robert Hall: – Koniec lat 70. i początek 80. był w Stanach Zjednoczonych okresem rozczarowań społecznych i marazmu ekonomicznego. Idea podatku liniowego była dla mnie i Alvina Rabushki naszą odpowiedzią na tę sytuację. Różnimy się nieco w poglądach, więc różne były nasze motywacje. Dla mnie bardzo ważna jest efektywność, ale równie ważna jest dystrybucja dochodów. Wyzwanie polegało na tym, aby zbudować narzędzie, które zapewnia równowagę między dwoma postulatami: postulat efektywności ekonomicznej podpowiada, aby stawka podatków nie była zbyt wysoka, a postulat progresywności, aby nie była zbyt niska. Chodziło mi zarazem o to, aby opodatkować konsumpcję w sposób progresywny. Nasz podatek liniowy ma bowiem, wbrew pozorom, dwie stawki – 0 proc. i 19 proc. Przyjęcie dość wysokiej kwoty wolnej od opodatkowania, a założyliśmy ją na poziomie 25,5 tys. dol. rocznie dla czteroosobowej rodziny (dziś byłoby to około 40 tys.), stworzyłoby pokaźną grupę ludzi, którzy nie płacą ani centa podatków. Liniowość sama w sobie nie jest ani cnotą, ani celem. Efektywność i progresywność są.

Czy z podobnym co Alvin Rabushka entuzjazmem patrzy pan na reformy podatkowe w krajach postkomunistycznych, które po kolei przyjmują podatek liniowy?

Z odrobinę mniejszym. Alvin ogłosił zwycięstwo, ale nie zapominajmy, że te kraje nadal dźwigają ogromny ciężar podatków. Podatek od dochodów osobistych to tylko jeden z wielu. W sumie w niektórych z tych krajów wysokość podatków nadal przekracza 60 proc. PKB. A więc na odkorkowanie szampana dużo za wcześnie.

Gdyby pan ponownie budował system podatkowy, to jak on by wyglądał?

Byłby progresywny, ale nie za bardzo. Miałby trzy stawki: cały dochód przedsiębiorstw byłby opodatkowany stawką 30 proc., natomiast dochody osobiste – ale bez dywidend i zysków kapitałowych, bo to nie jest wynagrodzenie za pracę – byłyby opodatkowane według stawki 0 i 15 proc.