POLITYKA

Czwartek, 19 lipca 2018

Polityka - nr 34 (2719) z dnia 2009-08-22; s. 88

Stomma

Ludwik Stomma

Było jak było

Marcin Król doniósł do „Polityki” (nr 32), że jestem bezczelny. Nie zraniło mnie to ani uraziło, gdyż to samo mówili mi liczni nauczyciele ze szkół podstawowych i liceów, przez które przeszedłem, i niekiedy nawet relegowali mnie ze swoich placówek. Oczywiście, pod pozorami bezczelności ukrywam cały bezmiar czułej nieśmiałości, ale tak przecież tłumaczy się każdy bezczelny. Marcina Króla wzburzyło, iż napisałem, że w swoich wypowiedziach na temat PRL „staje na granicy uczciwości”. Faktycznie jest to zwrot nieszczęśliwy i krzywdzący. Bardzo przepraszam. Powinienem był napisać „na granicy obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość”. W tym samym liście pisze bowiem konsekwentnie Marcin Król: „Ludwik Stomma uważa, że PRL wspaniale inwestowało w naukę. Wolne żarty”. Nic nie piszę o żadnych wspaniałościach, ale owszem, że inwestowało nie mniej i nie gorzej niż dzisiejsze władze. A w niektóre kierunki nawet hojniej. Ktoś powie, że przypomnienie studiów etnologicznych to pars pro toto, ale nie mam tu ambicji do toto. Jako student etnografii Uniwersytetu Warszawskiego jeździłem szereg razy na opłacane w całości przez uczelnie (dojazdy, zakwaterowanie, wyżywienie) badania terenowe. Później jako młody asystent woziłem moich z kolei studentów w ciągu dwóch lat do dziewięciu wybranych miejsc w Polsce (łącznie ponad cztery miesiące badań) na tych samych warunkach. Już jako adiunkt KUL „podłączyłem się” (tak się wtedy mówiło) pod tak zwane problemy węzłowe. Był to rządowy program zmierzający do centralizacji nauki, w ramach którego, przy odrobinie pomysłowości, każdy mógł znaleźć swoją działkę w myśl zasady: robić swoje i nie oglądać się na idiotyzmy. Znakomitym przykładem był tutaj profesor Marceli Kosman, który napisał świetną pracę „Chrystianizacja Litwy”. Tytuł nie spodobał się jakiemuś nadgorliwcowi. Kosman wydał więc książkę bez zmian pod tytułem „Drogi zaniku pogaństwa u Bałtów”. Nie wiem, czy wilk był syty, ale owca pozostała cała. Owe problemy węzłowe to już były naprawdę spore pieniądze, na tyle, że mogłem studentom płacić za zebrane materiały i to relatywnie wcale nieźle. O takiej sytuacji może sobie obecnie wykładowca etnologii w Rzeczpospolitej co najwyżej pomarzyć. Stwierdza dalej Marcin Król: „To prawda, że niektóre rzeczy, jak książki, były wówczas bardzo tanie, ale to wynikało z księżycowej ekonomii, a nie z dobrej woli”. Cóż na to odpowiedzieć? To tylko, że tak można o wszystkim. W „Gazecie Wyborczej” przeczytałem niedawno artykuł, że alfabetyzację przeprowadzano po wojnie, żeby łatwiej sączyć jad propagandy do głów nieszczęśników, którym, gdy tylko zaczynali sylabizować, proponowano od razu najstraszniej zideologizowane i ogłupiające lektury... Przypomnę tylko, że w południowych stanach Ameryki, aż do wojny secesyjnej, nie wolno było uczyć niewolników pisania i czytania. Wychodzono bowiem z założenia, że jak taki zacznie radzić sobie z literkami, to prędzej czy później sięgnie po wywrotowe teksty. Wiadomo, a jak „wiadomo”, to podważać tego nie wolno, że czerwone pająki z premedytacją rozpijały nasze trzeźwe i abstynenckie społeczeństwo.

Tymczasem za komuny wódkę można było kupić po pierwszej, a wieczorem, po zamknięciu Delikatesów, już tylko na melinach: niepewną i z lichwiarskim narzutem, w który wkalkulowane było ryzyko, bo milicja niemrawo i niechętnie jakoś ten proceder zwalczała, a kary były drakońskie. Jerzy Urban za wyśmiewanie się z krakowskiego działacza antyalkoholowego dostał od Gomułki zakaz publikowania. Pewnie dostałby taki sam od Wojciecha Jaruzelskiego, jedynego w tysiącletnich dziejach abstynenta u władzy w Polsce. Dzisiaj można kupować alkohol legalnie 24/24 i hulaj dusza. Ale – tłumaczył mi pewien bardzo uczony profesor z Lublina – w tym właśnie wyrażała się perwersja komuchów, że ograniczając dostęp do alkoholu, tym samym zwiększali jego atrakcyjność, a więc zachęcali do spożywania. Marcinowi Królowi nie chce przejść przez usta, że organizowana przez Jerzego Borejszę wielka akcja wydawania klasyków masowo i za półdarmo nie wynikała z księżycowej ekonomii, ale właśnie z woli rozszerzenia obiegu kultury. Oczywiście, wydawano starannie dobierając tytuły, ale przecież Mickiewicz ani Słowacki, ani Kochanowski z „Aurory” nie strzelali. Poza tym, co było, bo musiało być wliczone w koszta, ci, którzy rozsmakowali się w Mickiewiczu, chcieli potem często więcej i jeszcze więcej, z ciemnej masy stając się powoli elementem kulturalnego nacisku.

Doprawdy, dopatrywanie się we wszystkim złej woli do niczego dobrego nie prowadzi. Z tego już chociażby najprostszego powodu, że na dłuższą metę zawsze przestaje być ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]