POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 38 (3128) z dnia 2017-09-20; s. 45-47

Świat

Tomasz Zalewski

Cena za raj

Jak wspaniałym miejscem do życia musi być Floryda, skoro 20 mln ludzi nie przeszkadza fakt, że każdy z dwóch, trzech corocznych huraganów może im porwać dom.

Pewnego sierpniowego dnia 1991 r. mały sportowy samolot wystartował z lotniska w Ocala na Florydzie i po kilku minutach spadł na ziemię, na miejscu zginęło dwóch pasażerów. Pilotująca awionetkę Linda Keath straciła panowanie nad maszyną, kiedy próbowała uprawiać seks ze swoim towarzyszem lotu Carlem Terrym. Los nieszczęsnej pary mógłby być przestrogą dla beztroskich mieszkańców Florydy, którzy jakby zapominają, że ich kraina wiecznego lata nie skąpi wprawdzie uroków życia, ale także śmiertelnych niebezpieczeństw.

Nigdzie indziej w USA tak wielu ludzi nie ginie w czasie burzy od pioruna i nigdzie nie jest tak łatwo stracić dom albo samochód, „połknięty” w wyniku nagłego zapadnięcia podmokłego gruntu. Na lekkomyślnych spacerowiczów na mokradłach Everglades czyhają aligatory, a na ulicach Miami nocą – uzbrojeni bandyci na głodzie narkotykowym. I oczywiście wszystkim, którzy wybrali życie w „słonecznym stanie”, grożą huragany.

Irma, po której Floryda powoli się dźwiga, była jednym z największych tego typu kataklizmów w historii stanu. Huragany nawiedzają Florydę co roku. Leży ona na rutynowej trasie cyklonów znad Atlantyku, pustoszących Karaiby i uderzających w skierowany na południe półwysep w kształcie patelni z długą, wcinającą się w ląd w kierunku zachodnim rączką.

W 1926 r. huragan czwartej kategorii, nazwany Great Miami, niemal zrównał to miasto z ziemią i zabił ponad 400 osób. Dwa lata później huragan San Felipe Segundo przeszedł nad jeziorem Okeechobee w środku stanu, powodując powódź, w której zginęło 2,5 tys. ludzi. Cyklon Audrey, który w 1935 r. uderzył w wyspy Keys na południowym przyczółku Florydy, spowodował śmierć co najmniej 408 osób. W sierpniu 1992 r. Florydę nawiedził Andrew, huragan najwyższej, piątej kategorii, najsilniejszy w dziejach stanu. Zburzył do fundamentów ponad 65 tys. domów, głównie w południowej części stanu, i uszkodził 124 tys. innych, powodując straty obliczone na 26,5 mld dol., największe do tego czasu w USA. Bardziej kosztowne okazały się dopiero zniszczenia dokonane w 2005 r. przez huragan Katrina, który wywołał katastrofalną powódź w Nowym Orleanie.

Z początkowych prognoz wynikało, że Irma, opisywana jako huragan-monstrum, pobije wszelkie rekordy. Jednak zachowała się inaczej, niż przewidywano – zamiast zaatakować wschodnią część półwyspu, skierowała się na zachód, a przy tym osłabła, spadając do niższej kategorii. Spustoszenia okazały się mniejsze, niż się obawiano, i w całych Stanach Zjednoczonych – bo żywioł szalał też w południowych stanach sąsiadujących z Florydą – zginęło „tylko” 36 osób.

Stosunkowo skromne, w porównaniu z przeszłością, ofiary w ludziach nie były tylko wynikiem łagodniejszego przebiegu kataklizmu. Dzięki postępom meteorologii dużo wcześniej można dziś ostrzec mieszkańców zagrożonych terenów, co pozwala na odpowiednie przygotowania. Skala zniszczeń jest mniejsza wskutek zmian w budownictwie domów, lepiej wzmacnianych przeciw huraganom. W rezultacie systematycznie spada liczba śmiertelnych ofiar – przed drugą wojną światową ginęło w Ameryce z powodu huraganów średnio 1,4 tys. osób na dekadę, w latach 1940–69 zabiły one już tylko 700 na dekadę, a w latach 1970–99 – 250, i to mimo że coraz więcej ludzi osiedla się na wybrzeżu, gdzie niebezpieczeństwo jest największe.

Obecnie wiarygodne ostrzeżenie o kataklizmie przychodzi z co najmniej 36-godzinnym wyprzedzeniem. Przed Irmą zorganizowano na Florydzie masową ewakuację z obszarów zagrożonych. A sama akcja ratunkowa przebiega sprawniej, m.in. dzięki udoskonaleniu metod odpowiedzi na kataklizmy w całej Ameryce po ataku 11 września 2001 r.

W relacjach z Florydy po huraganie uderzał spokój, z jakim jej mieszkańcy przyjmowali ruinę swoich domów. Tak jakby straty były – jak ktoś powiedział – „nieuniknioną ceną przebywania w raju”. Bo tak Amerykanie postrzegają Florydę. W filmie „Nocny kowboj” z 1968 r. jeden z bohaterów, bezrobotny nowojorski cwaniak Ratso Rizzo marzy o podróży do Miami, krainy pomarańczy, plaż, pięknych kobiet i nieustającego karnawału.

Floryda liczy dziś ponad 20 mln mieszkańców i przyciąga corocznie ponad pięć razy tyle turystów. Jest ulubionym celem emerytów, którzy na starość szukają słonecznego ciepła, a także rodzin z dziećmi przyjeżdżających do Disney World koło Orlando, młodych ludzi spragnionych nocnych wrażeń w klubach i dyskotekach Miami Beach oraz hiphopowej, artystowskiej inteligencji sączącej mojito na Key West. Południowy cypel półwyspu, z latynoskimi klimatami i pamiątkami po gigantach amerykańskiej literatury: Erneście Hemingwayu i Tennessee Williamsie, to obowiązkowy punkt programu wykształconego podróżnika po Ameryce.

Aż trudno uwierzyć, że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • [Floryda - mapa]

    [Floryda - mapa]