POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 44 (2165) z dnia 1998-10-31; s. 88

Społeczeństwo

Katarzyna Sułek

Chemia nastrojów

Po okrzykniętym pigułką szczęścia Prozacu i po Viagrze, która miała przemienić wszystkich mężczyzn w sypialnianych herosów, światowe media doniosły o pojawieniu się rzekomego antidotum na nieśmiałość. Seroxat nie uczyni jednak z szarej myszki królowej przyjęcia, a z kiepskiego mówcy oratora. Pomaga natomiast w leczeniu fobii społecznej, nowej choroby schyłku XX w.

Rzekoma pigułka na nieśmiałość nie ma nic wspólnego z ośmielaniem nieśmiałych. U zdrowego człowieka może wywołać co najwyżej uczucie senności, które nijak się ma do euforii i przebojowości, jaką obiecują doniesienia prasowe - dementują psychiatrzy, od kilku lat zapisujący Seroxat chorym na depresję i rozmaite dolegliwości lękowe. Raczej mało prawdopodobne, by nieśmiałość można było kiedykolwiek zwalczyć za pomocą leków. Bo i po co miałoby się to robić? Przecież nie jest ona chorobą, ale cechą charakteru, w dodatku czasem bardzo urokliwą.

Prawdopodobnie źródłem fali doniesień o zmierzchu ery nieśmiałości było opatrzne zrozumienie przez węszące za sensacją media terminu extreme shyness, używanego w psychiatrii do określania jednego z objawów choroby zwanej fobią społeczną. Jest ona poważnym, wymagającym leczenia zaburzeniem psychicznym. U cierpiących na tę chorobę dochodzi do silnych somatycznych i psychicznych objawów lęku przy okazji kontaktów z innymi osobami lub wystąpień publicznych. Chory gwałtownie się czerwieni, zaczyna się pocić, drżą mu ręce, sztywnieją mięś...