POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 25 (2303) z dnia 2001-06-23; s. 64-67

Gospodarka

Mariola Balicka

Cienka czerwona linia

Przy obecnym kursie złotego za kilka miesięcy polscy eksporterzy się wykrwawią

Eksporterzy biją na alarm: ich firmom zagraża fala upadłości, a pracownikom masowe zwolnienia. Wszystko zaś za sprawą wysokiego kursu złotego, który rujnuje opłacalność wywozu. Tymczasem w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2001 r. wartość eksportu sięgnęła 10 mld dol., a w kwietniu jego roczna dynamika wyniosła prawie 30 proc. Jak to wszystko pogodzić i wytłumaczyć?

Powody siły krajowej waluty są oczywiste. Najwyższe w Europie stopy procentowe przyciągają kapitał spekulacyjny. Swoje waluty na złotówki wymieniają także inwestorzy zainteresowani udziałem w prywatyzacji polskiej gospodarki i finansowaniem nowych przedsięwzięć. W październiku ubiegłego roku dolar kosztował ok. 4,7 zł, a w czerwcu 2001 r. mniej niż 4 zł, co oznacza 15-procentową zmianę kursu. Październikowy kurs marki wynoszący ok. 2,1 zł zjechał w czerwcu do niewiele ponad 1,7 zł, czyli o blisko 20 proc. O tyle więc mniej złotych dostają polscy eksporterzy za każdego zarobionego dzisiaj za granicą dolara czy markę. Jeśli do tego dodać inflację, to okazuje się, że w ostatnim półroczu złoty wzmocnił się realnie o ponad 30 proc. Dla wielu eksporterów oznacza to dół, z którego, jak twierdzą, już nie wyjdą. Dotyczy to zwłaszcza niewielkich firm wyspecjalizowanych w produkcji na rynki zagraniczne. Tadeusz Pieloch z Tarnowskich Gór założył Unimetal 10 lat temu. Mają wkrótce obchodzić jubileusz, ale właściciel nie wie, czy doczekają. Firma produkuje części ...

Rada nierada

Bogusław Grabowski, członek Rady Polityki Pieniężnej:

Nie dziwię się narzekaniom eksporterów. W ciągu półtora roku złoty wzmocnił się realnie wobec euro o 20 proc. W tak krótkim czasie eksporterom trudno było zrekompensować to odpowiednim spadkiem kosztów, choć statystyki pokazują, iż czynią w tej dziedzinie duże postępy. Trzeba jednak zrozumieć, że silny złoty to nie tylko efekt wysokich stóp procentowych. Tylko w kwietniu napływ kapitału portfelowego wyniósł 120 mln dol. i był przeznaczony nie tylko na zakup wysoko oprocentowanych obligacji, ale i na kupno akcji na giełdzie, na co stopy nie mają wpływu. Natomiast napływ inwestycji bezpośrednich sięgnął aż 560 mln dol., a więc to one głównie podkręcały kurs. Do tego dojdzie m.in. 3 mld dol. za prywatyzację TP SA i 500 mln–1 mld dol. za Rafinerię Gdańską.

Gdyby rząd ulokował te dolary na koncie NBP i spłacał nimi dług zagraniczny, nie byłoby problemu. Będą one jednak finansować deficyt budżetu, co oznacza ich wymianę na złote i wzrost jego kursu. Samo oczekiwanie na te prywatyzacyjne miliardy wzmacnia naszą walutę. Po wtóre Sejm niedawno podniósł składki na ubezpieczenia zdrowotne, zwiększył też nakłady na zalesianie gruntów ornych i na obronę narodową, nie wskazując źródeł finansowania tych wydatków. To może oznaczać zwiększenie przyszłorocznego deficytu budżetowego, a co za tym idzie ponowne przyspieszenie inflacji. Zmusza to Radę do utrzymywania wysokich stóp procentowych. Tak więc restrykcyjna polityka monetarna wynika głównie z sytuacji budżetu. Nie zmienia to faktu, że RPP jest zawsze oskarżana albo o wysoką inflację, albo o wysoki kurs złotego. Jesteśmy dyżurnym chłopcem do bicia, co stanowi zasługę wielu polityków i ich dworskich ekonomistów.