POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 40 (2161) z dnia 1998-10-03; s. 46-49

Świat

Marek OstrowskiWiesław Horabik

Clinton numer pięć

Nie ma co się spieszyć z wieszaniem klepsydry o politycznej śmierci Williama Jeffersona Clintona. Jest bardzo osłabiony, to prawda. Nie ma żadnej ideologii, żadnej busoli - możliwe. Kłamał prosto do kamery jak zawodowy aktor - wszyscy widzieli. Ale ma podstawowe cechy znakomitego polityka: zdolność przetrwania (ulitimate survivor) oraz umiejętność wymyślenia siebie na nowo. Po skandalu z Moniką - będzie to wersja piąta.

Clinton nr 1 - Późna władza dzieci kwiatów

Bill Clinton w 1992 r. wygrywał wyścig do Białego Domu z Georgem Bushem w atmosferze pokoleniowej rewolucji. Oto pierwszy, urodzony po Wielkiej Wojnie prezydent, zrywający z oglądaniem się wstecz (hymn wyborczy Clintona: "Wczoraj przeminęło, liczy się tylko jutro"), wolny od waszyngtońskich układów, nie obciążony Wietnamem i Watergate, jawnie przyznający się do duchowych więzi z dziećmi kwiatami, które teraz tworzyły średni i wyższy personel wielkich, przemysłowych korporacji.

Obietnice sypał hojną ręką: reforma ubezpieczeń, reforma zasiłków dla bezrobotnych, reforma służby zdrowia, reforma systemu edukacji, redukcja podatków. "Zachowanie fundamentów naszego narodu wymaga dogłębnych przemian", powtarzał Clinton za Jeffersonem. Najważniejszym jego atutem było jednak to, że amerykańska gospodarka u schyłku prezydentury Busha kulała. USA przeżywały recesję, kurczyła się liczba miejsc pracy, rosło bezrobocie. Kraj odczuwał następstwa reaganowskiego sztucznego pompowania koniunktury.

Clinton rozpoczął z rozmachem od wielkiego skrętu na lewo. Jego ...