POLITYKA

Niedziela, 18 sierpnia 2019

Polityka - nr 20 (2807) z dnia 2011-05-11; s. 17-19

Raport

Mirosław Pęczak

Co mówi mowa

Schamienie, wulgaryzacja, brutalizacja, zachwaszczanie – te słowa bardzo często przewijały się w debatach Kongresu Języka Polskiego. Nawet najwięksi puryści językowi nie mieli jednak wątpliwości, że dzisiejsza polszczyzna składa się z wielu odmian i wyznaczenie jednej wspólnej normy staje się coraz trudniejsze.

Zorganizowany w zeszłym tygodniu katowicki Kongres Języka Polskiego pokazał, jak wiele jest rozbieżności między normą wzorcową współczesnej polszczyzny a jej praktycznym użytkowaniem. Mówimy różnie – w zależności od środowiska, w jakim funkcjonujemy, sytuacji, w jakiej jesteśmy (oficjalnej czy prywatnej), poziomu wykształcenia. Choć akurat dyplom ukończenia studiów nie przesądza aż tak bardzo o nawykach językowych.

Kwestią kluczową okazuje się sposób uczestniczenia w kulturze. Kto ma zwyczaj czytania książek, mówi inaczej niż ten, który nie czyta nic albo czyta tylko tabloidy. Popularne media, zwłaszcza takie jak telewizja komercyjna, nie mają zamiaru krytycznie ingerować w zwyczaje językowe swoich odbiorców – skłaniają się raczej do ich konserwowania, o czym można się przekonać, słuchając konferansjerów transmitowanych imprez rozrywkowych czy celebrytów zapraszanych do studia.

Na kongresie mówił o tym prof. Wiesław Godzic. Celebryci, jak zauważył, mówią tak samo złym językiem jak większość Polaków, a często nawet gorzej, bo ...

Co nam zmienia polszczyznę?

Jerzy Sosnowski (pisarz):
Na kongresie zasadniczą siłą byli językoznawcy, sam czułem się tam raczej reprezentantem użytkowników języka, ale i z tej pozycji widać źródła zmian. Pierwsze to radykalizujący się język polityki, który wręcz demoluje nam debatę publiczną. Nawet część posłów nie czuje granicy między prywatną a publiczną polszczyzną – zdarza im się rzucać głupawy dowcip zamiast odpowiedzi na pytanie. Poza tym mamy inflację sformułowań negatywnych, a debata polityczna odbiera szansę na jakiekolwiek zniuansowanie tych negatywów – bo jak to zrobić, jeśli dyskusję zaczyna się od porównania adwersarza z Goebbelsem?

Druga sfera to nowe media, dzięki którym Polacy komunikują się tak intensywnie, jak jeszcze nigdy w historii. Na kongresie trafiła mi się pod tym względem wyjątkowo ciekawa do poprowadzenia sekcja. Otwierający ją dr Jan Grzenia mówił o tym, że skutkiem tej „orgii” komunikowania nie jest bynajmniej wzrost liczby anglicyzmów. Używają ich wprawdzie specjaliści, ale reszta uprawia spontaniczną twórczość językową – terminy angielskie zostają błyskawicznie wchłonięte w system polszczyzny albo wymyślamy dla nich odpowiedniki. Nie przejęliśmy słowa „browser”, mamy własne: „przeglądarka”. Dr Grzenia chwalił też użycie czasownika „czatować”, mimo że przeniesiony został w zupełnie nową sferę życia. Mnie cieszy fakt, że zmiany wniesione do języka przez nowe media są w większości pozytywne. Nawet skrótowość języka komunikatorów i esemesów, którą krytykuje się czasem za zubażanie polszczyzny, pozbawianie jej precyzji, może mieć dobre skutki. Na przykład gdy popatrzymy na nią z perspektywy bohatera innego panelu kongresowego, Czesława Miłosza, któremu zdarzało się krytykować nasz język właśnie za rozlazłość i wodolejstwo.