POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 4 (3095) z dnia 2017-01-25; s. 15-17

Polityka

Grzegorz Rzeczkowski

Co mówi ucho

Wystarczyło parę dni, by satyryczne „Ucho prezesa” stało się jednym z najważniejszych polskich seriali, oglądanym przez miliony widzów. Pytanie, jak wpłynie na notowania PiS i jego prezesa, pozostaje na razie bez odpowiedzi.

Blisko 20 mln wyświetleń na YouTube, czyli średnio pięć milionów w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Przy promocji ograniczonej głównie do mediów społecznościowych i trailerów, które rozpłynęły się po sieci. Dla porównania: odcinek jednego z najchętniej oglądanych seriali telewizyjnych „M jak miłość” potrafi ostatnio przyciągnąć przed ekrany prawie 6,5 mln widzów. Wynik czterech pierwszych odcinków najsłynniejszego dziś serialu satyryczno-politycznego w Polsce jest więc miarą jego sukcesu, a przy okazji kolejną demonstracją siły internetowych virali.

Twórcy „Ucha”, czyli liderzy popularnego Kabaretu Moralnego Niepokoju Robert Górski i Mikołaj Cieślak, trafili idealnie w format i czas. Z pomocą mniej znanych aktorów zaserwowali przygotowany własnym sumptem produkt doskonale wpisujący się w masowy gust i oczekiwania. Niechęć nadawców – żadna telewizja nie była zainteresowana produkcją serialu – była tylko atutem. Zagrało wkurzenie jednych – niezadowolonych z rządów PiS – oraz głód innych na „więcej prezesa”, który jak na naczelnika państwa dość rzadko występuje w mediach i właściwie, poza sejmowymi migawkami, niemal go nie oglądamy.

Bliżej wójta niż Underwooda

Twórcą projektu jest Robert Górski – pomysłodawca, scenarzysta i wykonawca głównej roli w jednym, znany między innymi z kabaretowych programów emitowanych na antenie telewizji publicznej. Paradoksalnie „Ucho” jest poniekąd ofiarą „dobrej zmiany”, która dokonała się w telewizji na początku zeszłego roku. Gdy podczas gali „Telekamer” Górski żartował z PiS, z kanałów TVP szybko zniknął także Kabaret Moralnego Niepokoju. Prezes Jacek Kurski stwierdził wówczas, że kabarety były „symbolem upadku telewizji publicznej”. Przeszły więc do Polsatu, jednak po doświadczeniach z TVP w wersji ugrzecznionej. Ale ponieważ ludzie zawsze lubią śmiać się z władzy, więc pojawiło się „Ucho”. Przynajmniej tak twierdzi Górski. Teraz przebiera w ofertach największych graczy w polskim internecie.

Miejscem akcji – jak piszą twórcy „Ucha” – jest gabinet „TEGO Prezesa, na TEJ ulicy”. Nie Sejm, nie wiec, na którym mógłby np. krzyknąć swoje „Cała Polska z was się śmieje…”, tylko właśnie zaciszny gabinet przy ul. Nowogrodzkiej, do którego pielgrzymują najważniejsi politycy. Każdy z nadzieją dotarcia do tytułowej części ciała wodza.

Jego kwaterę główną poznajemy ze szczegółami w pierwszym odcinku. Tuż po remoncie przeprowadzonym według autorskiego pomysłu jego prawej ręki Mariusza Płaszczaka („pan umeblował gabinet pani premier, a ja umeblowałem gabinet panu prezesowi”), którego pierwowzorem jest szef MSWiA. Obu odróżnia tylko jedna litera na początku nazwiska, a łączy to, że są jednymi z najbardziej zaufanych osób prezesa. W serialu Płaszczak wygłasza takie credo: „będę dla pana rodziną, bliższą i dalszą, żoną, dziećmi, psem, drugim kotem i rybkami w akwarium”. Zawsze pod ręką, nawet gdy rozmowa odbywa się „w cztery oczy” (wtedy chowa się za kotarą). To jego prezes wypytuje o nastroje w partii, choć nigdy nie prosi o radę. Nazywa go „Bełkotem”.

Wróćmy do gabinetu. Wystrój elegancki, z dość stylowymi, choć utrzymanymi na wysoki połysk meblami, ale bez oznak „Bizancjum”. Charakterystyczne jest biurko – „lity dąb z dna Wisły na wysokości Gniezna”, na którym według legendy uwił sobie gniazdo orzeł bielik. Płaszczak wyposażył biurko w wiele mniej lub bardziej zaskakujących elementów, m.in. dwa pistolety – „straszak i na ostre naboje”. Po co broń prezesowi? „Po to, że jakby pan się wkurzył na kogoś tak naprawdę, no to ciach i z głowy. Tu się zatuszuje wszystko, każdy jakby co się wyprze, że coś słyszał” – peroruje Płaszczak.

Istotna jest jeszcze szafa. Z hakami. „Tam są wszystkie dokumenty, kto był w PZPR, kto nie był, kto żonę bił, kto nie bił, kto łapówki brał, kto pił” – raportuje podkomendny. Teczkę z naklejką „akta osobowe” prezes zawsze ma na biurku, gdy pojawia się gość. Całości dopełniają „bajery”, to znaczy podgrzewana kuweta dla kota, pluszowa mysz oraz telewizor z TV Rodeo. To aluzja do upodobań prezesa, który niegdyś wyznał, że wieczorem lubi oglądać zawody rodeo.

Najważniejszy lokator tego pomieszczenia czas spędza za biurkiem, głównie po zmierzchu. Niewiele więc widzi, ale wszystko wie. Jak mówił Robert Górski Jarosławowi Kuźniarowi w programie „Onet. Rano”: „oko prezesa nie jest wszechpotężne, nie widzi wszystkiego, a do ucha można nałożyć wszystko”. Mimo kociej sierści nieustannie klejącej się do marynarki prezes prezentuje się lepiej niż w rzeczywistości. Młodszy, przystojniejszy, z niezłą dykcją, w lepiej dopasowanych garniturach. Jest raczej stonowany i opanowany. Nie usłyszymy z jego ust żadnego zdania typu „niech pani idzie do diabła”, „najgorszy sort” czy – jak ostatnio – o „osobach specjalnej troski”. Tematyka ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]