POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 18 (2703) z dnia 2009-05-02; s. 42-46

Raport

Martyna Bunda

Co się stało z naszym fachem?

Jak wygląda ostatnie 20 lat w oczach nauczyciela, naukowca, lekarza, adwokata i księdza? Jak się zmieniły ich zawody, ich warsztat pracy? W tym najbardziej dosłownym, technologicznym sensie, ale także jako swego rodzaju misja. Wszak chodzi o zawody pożytku publicznego. O inteligencję, która 20 lat temu pokładała ogromne nadzieje w przełomie politycznym. Czy marzenia się spełniły? Co zawiodło?

Lekarz Grzegorz Luboiński,
19 lat pracy w PRL. Wtedy lekarz w szpitalu powiatowym w Ciechanowie, dziś doktor nauk medycznych, chirurg onkolog, szef pododdziału chirurgii endokrynologicznej w Centrum Onkologii w Warszawie. Marzenie z czasu przełomu: że wraz z końcem PRL zaczną obowiązywać czyste reguły.

Konkretnie, doktor wierzył, że wyruguje się z jego branży feudalizm, a miernota będzie musiała ustąpić talentowi i pracowitości. Marzył, żeby było jak na stypendium w Holandii – tam od wejścia pytają człowieka, który jesteś na liście chirurgów w swoim kraju? Co jest wypadkową dorobku naukowego, szacunku pacjentów i jakości pracy człowieka.

Wtedy. Zachód, gdzie dwukrotnie był na stypendiach, kontra Ciechanów, gdzie dostał nakaz pracy. Tam igły jednorazowe, nici chirurgiczne do wyboru, tu odwoływanie operacji z powodu braku butaprenu do klejenia rękawic jednorazowych. Tam harówka po to, by jak najwięcej nauczyć się w krótkim czasie, tu też, bo trzech lekarzy na dyżurze i czasem nawet chirurg musiał odbierać porody.

Dziś. Doktor Grzegorz Luboiński nie pracuje już tyle, ile by mógł i chciał. Choć oficjalnie ma aż dwa etaty. Ten pierwszy jest w Centrum Onkologii. Kiepska pensja, biurokracja, mydło do dezynfekcji tylko z przetargu, najtańsze, nawet jeśli lekarze mają chodzić z egzemą. Ale i poczucie, że się pracuje w ważnej instytucji. Na tym drugim etacie bardzo przyzwoity dochód, mydło i nici do wyboru, choć po 12 latach, gdy wszystko działało jak w zegarku, zaczyna się lekkie równanie w dół. Już prawie 60 proc. Polaków, wynika z badań CBOS, przynajmniej sporadycznie korzysta z usług prywatnej służby zdrowia. Więcej niż wiele z jej placówek jest w stanie przerobić.

Spełnione nadzieje: paszport w kieszeni i wolne media.

Nadzieje niespełnione: feudalizm wciąż się trzyma, ci, co w PRL robili kariery odbijając się z ZSMP, dziś są wysoko w hierarchiach. W strukturach szpitalnych nie ma miejsca dla młodych. – Efekt poboczny jest taki, że najmłodsze pokolenie lekarzy w ogóle nie jeździ na stypendia. Nie stać ich, żeby ze stypendium utrzymać rodziny w Polsce, spłacić kredyty. Zaoszczędzić pieniędzy nie są w stanie. Poza tym – duże ryzyko. Do ich powrotu koledzy rozdrapaliby fuchy. Presja zamienia ludzi w wilki.

Ostatnie 20 lat, opowiada, zeszło mu na ulepszaniu świata lekarskiego. Ostentacyjnie nie podawał ręki niektórym kolegom. Zaangażował się w tworzenie Izb Lekarskich: miało być, opowiada, jak w Porozumieniach Gdańskich, gdzie postulowano obsadzanie stanowisk z konkursów, kwalifikacje jako jedyne kryteria. Ale izby zaraz rozdyskutowały się o tym, czy lekarz ma prawo odmówić zapłodnienia in vitro. Raz zdobył się na wisielczy humor i zaproponował, żeby zapisać też prawo do odmowy zapłodnienia metodą naturalną. Koledzy się poobrażali.

Potem działał w Fundacji Batorego. Walczył, żeby lekarze nie brali łapówek, mediom tłumaczył, co dobrego może wyniknąć z prywatyzacji szpitali. Niestety, niebawem o to samo zaczęła walczyć władza. Efekt jest głównie taki, że publiczni pacjenci zrobili się jeszcze bardziej roszczeniowi, a post factum przestali nawet mówić dziękuję. Ci prywatni, którzy płacą za opiekę, wciąż przynoszą koniak, czekoladki i kwiaty. Płacą, więc nie boją się dziękować.

 

Naukowiec Ewa Bartnik,
18 lat pracy w PRL. Wtedy doktorantka w Zakładzie Genetyki Uniwersytetu Warszawskiego, biochemik. Dziś profesor, genetyk, zajmuje się wpływem mutacji w mitochondriach na choroby człowieka. Marzenie: nieskrępowany rozwój nauki.

Właściwie, mówi, miała szczęście. W jej zawodzie najważniejsze odkrycia działy się na jej oczach. Gdy zaczynała, nikt jeszcze nie miał pojęcia, do czego służą geny, jak to działa. W połowie lat 70., gdy po raz pierwszy stało się możliwe wyodrębnienie i badanie genów, miała stypendium w MIT, najważniejszym światowym laboratorium badawczym w Massachusetts. Pod koniec lat 80. odkrywano genom człowieka. Ona była akurat na stażu w zajmującej się ludzkimi genami placówce w Niemczech.

Wtedy. W Polsce nauka miała się tak sobie. Główny ówczesny problem: permanentny brak wszystkiego i zamknięcie granic. Jeśli w trakcie eksperymentu kończył się odczynnik, na następną porcję trzeba było czekać nawet dwa lata. Bo tyle trwało w ministerstwie rozpatrzenie wniosku i sprowadzenie czego trzeba. Po takim czasie trzeba było zaczynać od początku.

W późnych latach 70. szef instytutu wpadł na genialny pomysł, żeby robić to, co robiło państwo, ale o szczebel niżej. Zawiązał nieformalną współpracę z pewną firmą szwajcarską. Polscy naukowcy produkowali dla niej enzymy restrykcyjne. Pocztą zwrotną przychodziło to, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]