POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 26-28

Społeczeństwo

Violetta Krasnowska

Co skrywa władza

O czym rządzący z PiS nie chcą mówić obywatelom? Przede wszystkim o pieniądzach, które zarabiają i które wydają.

Dostęp do informacji publicznej jest jedną ze spraw podstawowych, Polska wymaga zmiany – mówił, kierując się wprost do widzów, Andrzej Duda podczas decydującej telewizyjnej debaty prezydenckiej w 2015 r. Później, w swoim exposé premier Beata Szydło dodawała, że „życie publiczne powinno być przejrzyste i transparentne”, a Zbigniew Ziobro deklarował, że chce w prokuraturze „wprowadzać jawność, która powinna być cechą państwa praworządnego”. Już jako minister, domagając się upublicznienia oświadczeń majątkowych sędziów, Ziobro przekonywał, że „chodzi o zasadę, o to, by obywatele mogli spojrzeć na ręce władzy”. W konfrontacji z rzeczywistością wszystkie te deklaracje okazują się zdumiewającą hipokryzją.

Prezydent. Dla Kancelarii Prezydenta jawność działań władzy i jej wydatków, zadeklarowana w debacie telewizyjnej, przestała być istotna zaraz po wyborach. Monity Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska w tej sprawie pozostawały bez odpowiedzi. W czerwcu 2016 r. sieć złożyła do prokuratury doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa (nieudzielenie informacji jest zagrożone karą pozbawienia wolności do roku). W prokuraturze dochodzenie umorzono, jednak sąd nakazał jeszcze raz zająć się sprawą. Wskazał, że prokuratura nie ustaliła w postępowaniu nawet podstawowych kwestii. Był grudzień 2016 r. – Właśnie otrzymaliśmy kolejne postanowienie o umorzeniu postępowania. Zaskarżymy do sądu to postanowienie – mówił Bartosz Wilk z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. Wojewódzki sąd administracyjny nakazał prezydentowi ujawnić dokumenty. Nigdy się to nie stało. Kancelaria złożyła skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Sprawa się ciągnie do dziś.

Prezydent Duda odmówił też ujawnienia opinii prawnych (łącznie z nazwiskami ich autorów), na które powoływał się przy podpisywaniu nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym; odpowiedzi, kto wnioskował do prezydenta o ułaskawienie Mariusza Kamińskiego (podany powód: „dokumenty wewnętrzne nie stanowią informacji publicznej”). Odmówił ujawnienia nazwisk doradców – na to rzekomo nie pozwalała ustawa o ochronie danych osobowych. Orzecznictwo jest jasne: istnieje wyrok Sądu Najwyższego z 2012 r., w którym chodziło o udostępnianie personaliów kontrahentów gminy (sąd stwierdził, że zawierając takie umowy, osoby te musiały się liczyć z tym, że nie pozostaną anonimowe). Jest też podobny wyrok NSA z 2015 r. mówiący, że ujawnianie podobnych danych jest konieczne, bo „pozwala przeciwdziałać takim patologiom życia publicznego jak np. nepotyzm”. Urząd prezydencki, na którego czele stoi prawnik, udaje, że nie zna tych orzeczeń.

Minister sprawiedliwości. Prezydenta przebija minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Rejestr 88 umów na doradztwo prawne, jakie zawarło ministerstwo, przekazał do wiadomości publicznej – po długich bojach, stoczonych z kilkoma fundacjami – zanonimizowany. Usunięto nazwiska osób, nazwy kancelarii i firm, którym zlecano ekspertyzy. Można się dowiedzieć, że „z kancelarią prawną” zawarto umowę na wykonanie usługi doradztwa prawnego za kwotę 122 tys. zł. Że „osobie prawnej” zapłacono 154 tys. zł za ekspertyzę zawierającą dwie opinie, a „osobie fizycznej” za opracowanie opinii prawnej 112 tys. zł. Również minister sprawiedliwości, ignorując dotychczasowe orzecznictwo, zasłania się ochroną danych osobowych. – Aż dziwne, że również Ministerstwo Sprawiedliwości, gdzie jest tylu prawników, nie wie, jaki jest standard w tym względzie – kpi Krzysztof Izdebski, szef fundacji ePaństwo, która sądzi się o ujawnianie umów.

To, że minister sprawiedliwości i prokurator generalny płaci z publicznych pieniędzy po pańsku i po uważaniu, ustaliła dopiero kontrola NIK z wykonania budżetu za 2016 r. Okazało się, że minister zatrudnił w tamtym czasie 22 osoby na stanowiska ekspertów, wszystkich z pominięciem otwartego naboru. Więcej niż połowa zatrudnionych nie spełniała wymogu co najmniej 3-letniego stażu pracy (a w departamencie legislacji, gdzie pracuje się nad tworzeniem prawa, dwóch z trzech przyjętych przez Ziobrę w ubiegłym roku ekspertów nie posiadało żadnego stażu pracy). Eksperci ci dostali jednak wysokie pensje, od razu ze stałymi premiami w maksymalnej wysokości. W sumie z budżetu ministerstwa na pracę ekspertów przeznaczono ponad 1 mln zł. Mimo tego wsparcia kadrowego wiele opinii prawnych ministerstwo zamawia „na mieście”. Podpisano w sumie 20 umów o dzieło na ponad 180 tys. zł na potrzeby samego departamentu legislacyjnego (gdzie zatrudnieni zostali wspomniani eksperci bez stażu).

Osobną, szczególną pozycją są usługi PR. Mimo że do wydziału komunikacji społecznej i promocji Ministerstwa Sprawiedliwości też zatrudniono 4 ekspertów, umowy na obsługę PR kosztowały, jak ustalił NIK, niemal pół miliona. Ziobro miał dwóch stałych indywidualnych doradców PR, którym płacił po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, oczywiście zatrudnionych bez konkursu. Gdy obaj doradcy podjęli pracę w spółkach zależnych z udziałem Skarbu Państwa, zmieniono im umowy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]