POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 10 (12) z dnia 2017-10-04; Niezbędnik Inteligenta. 2/2017. Postczłowiek; s. 20-23

Historia, filozofia, religia

Agnieszka Krzemińska

Cyborg w lustrze

Dr hab. Magdalena Radkowska-Walkowicz o głębszych znaczeniach idei sztucznego człowieka

Agnieszka Krzemińska: – Sztuczny człowiek pojawił się w kulturze wraz z mitem o Prometeuszu i Pigmalionie. W średniowieczu doszły homunkulusy alchemików i Golem kabalistów. A w oświeceniu potwór Frankensteina, który dał początek rzeszom robotów, cyborgów i androidów. Skąd ta potrzeba tworzenia kolejnych form sztucznego człowieka?
Magdalena Radkowska-Walkowicz: – Po pierwsze, jest on jak lustro, które odbija człowieczeństwo. Służy więc samopoznaniu. Dzięki niemu człowiek utwierdza się w przekonaniu, że jest istotą najdoskonalszą, albo przeciwnie – dowiaduje się, że jest lalką, którą bawi się jakiś reżyser życia. Najczęściej definiuje się go jako Boga, ale można też o to podejrzewać np. korporacje, bo sztuczny człowiek, towarzyszący nam od początków myślenia symbolicznego, ewoluował. Po drugie, figura ta doskonale opowiada o relacjach ludzi z Bogiem, naturą, ciałem czy czasem. Stworzenie jej w wyobraźni lub laboratorium jest próbą mierzenia się z podstawowymi pytaniami ontologicznymi: kim, dlaczego i po co jesteśmy?

W dodatku można się uznać za kreatora życia.
…lub wtórnego demiurga, jak pisał Bruno Schulz w „Sklepach cynamonowych”, których bohater, zafascynowany manekinami krawieckimi, podejrzewa, że kryje się w nich życie. To zresztą kolejna ważna przyczyna pojawienia się idei sztucznego człowieka, który ma być odpowiedzią na pytania, czym jest materia i co można z niej zrobić? Większość dzieci, bawiąc się lalkami, nie wątpi, że prowadzą one sekretne życie, ale w dorosłych przypuszczenie to budzi niepokój, który odzwierciedlają horrory o ożywających pajacach i klownach. Co prawda w odczarowanej epoce nie pojmuje się już Stwórcy tak dosłownie jak kiedyś, ale wchodzenie w jego kompetencje nadal czyni z człowieka bluźniercę. Już samo miejsce i okoliczności powstania sztucznych ludzi są niebezpieczne i tajemnicze, np. doktor Frankenstein buduje swojego stwora po kryjomu w zapuszczonym laboratorium z ludzkich i zwierzęcych szczątków, a Faust, aby odkryć prawdę i wyhodować homunkulusa, zawiera pakt z diabłem. W tę kreację zamieszane są siły nieczyste, czarna magia, pycha i szaleństwo.

Wśród tych szalonych naukowców opętanych wizją tworzenia życia są głównie mężczyźni. Marzą o tworzeniu życia bez udziału kobiety?
Dla niektórych to nadinterpretacja, ale ja widzę w akcie tworzenia sztucznego człowieka rodzaj rywalizacji płci – mężczyzna, który zawładnął sferą polityki, kultury i nauki, wykorzystuje magię lub technologię, by wziąć w posiadanie jedyną domenę kobiet, jaką jest reprodukcja. Dlatego moment ożywienia tworu może przypominać naturalny poród, co świetnie pokazał w swej adaptacji Frankensteina z 1994 r. Kenneth Branagh. Jego potwór, czyli Robert De Niro, rodzi się umazany w śluzie i nieporadny jak noworodek. Analizując literaturę science fiction, zwłaszcza dotyczącą androidek, zauważyłam też wyraźny rys mizoginistyczny. W noweli Auguste’a de Villiers de L’Isle-Adama „Ewa przyszłości” z 1886 r. główny bohater buduje dla przyjaciela – mającego piękną, ale głupią i gadatliwą żonę – ożywioną lalkę. Ona jest równie urodziwa, ale absolutnie zależna od swego właściciela, a z jej ust wydobywają się tylko wgrane cytaty poetyckie. Współczesnym przykładem jest powieść Iry Levina z 1972 r. „Żony ze Stepford”, gdzie mężowie zmieniają swoje towarzyszki życia w androidki, czyniąc z niezależnych kobiet uległe kury domowe. Ta wizja oddaje marzenie mężczyzn o kobiecie idealnej – pięknej, stale dostępnej seksualnie i niemającej żadnych pretensji i wymagań. Ciekawe, że sztuczne kobiety musiały przejść ten sam proces emancypacji, co zwykłe śmiertelniczki. Na początku były albo zniewolonymi kukłami, albo śmiercionośnymi femme fatale, dopiero od lat 60. i powieści Philipa K. Dicka zaczęto je postrzegać jako istoty bardziej skomplikowane.

Wykonany z gliny Golem czy pozlepiany ze szczątków potwór Frankensteina byli technicznie niedoskonali. Aby stworzyć androidkę, potrzeba było zaawansowanej bioinżynierii. Czy sztuczny człowiek jest odbiciem osiągnięć cywilizacyjnych?
Amerykański badacz nowych mediów Jay David Bolter pisze w książce „Człowiek Turinga. Kultura Zachodu w wieku komputera” z 1984 r. o dwóch drogach rozwoju sztucznego człowieka – animistycznej, w której pierwiastkiem ożywiającym jest magia, metafizyka, duch lub tajemne słowo, oraz mechanistycznej, kiedy do ożywienia nie potrzeba sił ponadnaturalnych. Golem to postać magiczna, doktor Frankenstein jako pierwszy wykorzystuje naukę, chociaż do ożywienia swojego stwora potrzebuje elektrycznej iskry, będącej wówczas czymś pomiędzy magią a nauką. Postać wymyślona przez Mary Shelley na początku nowoczesności do dziś towarzyszy dyskusjom o inżynierii genetycznej i biotechnologii, a figura sztucznego człowieka służy nie tylko do mierzenia się z wtórną demiurgią człowieka, lecz także ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dr hab. Magdalena Radkowska-Walkowicz jest kierowniczką zakładu Antropologii Medycyny i Cielesności na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się kulturowymi wymiarami technologii medycznych, dzieciństwem i antropologią literatury. Autorka licznych prac naukowych oraz książek „Od Golema do Terminatora. Wizerunki sztucznego człowieka w kulturze” (2008), „Doświadczenie in vitro. Niepłodność i nowe technologie reprodukcyjne w perspektywie antropologicznej” (2013).