POLITYKA

Piątek, 26 kwietnia 2019

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 56-57

Świat / Esej

Marek Ostrowski

Cywilizacja happy endu

Wszyscy tu stajemy się Amerykanami. Nie tylko używamy ich wynalazków, ale przejmujemy ich hasła i styl życia. Europa więdnie, lecz nie trzeba się tym smucić – twierdzi dawny rewolucjonista, francuski filozof Regis Debray.

To zwykły przypadek: Debray napisał ostatnią książkę „Cywilizacja. Jak staliśmy się Amerykanami” akurat w momencie, kiedy Francja – najbardziej z krajów europejskich leżąca politycznie i mentalnie na antypodach Ameryki – wybrała Emmanuela Macrona na prezydenta. A Macrona autor nazywa galloricain, to połączenie Gala z Amerykaninem. Dowód drobny, choć wymowny: zaraz po zaprzysiężeniu podczas śpiewania „Marsylianki” Macron trzymał dłoń na sercu, na modłę amerykańską.

Zdaniem Debraya Europa przestała określać swoją istotę i granice – tak przestrzenne, jak i duchowe. A powinna była znaleźć jakiś swój wyraz, reprezentację i sposób, by należycie prezentować się reszcie świata. Promieniować samodzielnie. Ograniczać się do wspólnego rynku to miałkie, żaden pomysł – kpi Debray. Zachód, choć trudno to pojęcie dokładnie zdefiniować, to co innego, to się narzuca samo przez się. I świat zewnętrzny wie, o co chodzi.

Zachód to jednak dziś Ameryka. Przewaga amerykańska jest dla wszystkich oczywista: to jedyne mocarstwo mające bazy wojskowe na wszystkich kontynentach i nawet symbol światowego sumienia – ...