POLITYKA

środa, 21 sierpnia 2019

Polityka - nr 3 (3) z dnia 2019-04-03; Niezbędnik Współczesny. 1/2019; s. 39-43

ŚWIAT

Jędrzej Winiecki

Czarne sny

Europa boi się migracji wzbudzonej afrykańską eksplozją demograficzną i zmianami klimatu. Zaradzić ma nowy plan Marshalla, tym razem dla Afryki.

Od 2010 r. na terytorium Unii Europejskiej przybył mniej więcej 1 mln urodzonych w Afryce Subsaharyjskiej. To niecałe 0,2 proc. populacji całej UE. W sumie w jej granicach pozostają 4 mln osób pochodzących z terenów na południe od Sahary. To nadal mniej niż 1 proc. wszystkich mieszkańców zjednoczonej części Europy. Ale łatwo o wrażenie, że Afrykanie przyjeżdżają chętniej i w większych liczbach. Przekonanie takie wynika pewnie stąd, że nie osiedlają się równomiernie, częściej w dawnych metropoliach i w miejscach bardziej otwartych na imigrantów. W minionych latach towarzyszyli także uchodźcom i migrantom, którzy tłumnie ruszyli z Bliskiego Wschodu. No i obecnie to głównie oni próbują przepłynąć Morze Śródziemne.

Nagłe pojawienie się tak wielu potrzebujących u granic Europy, z apogeum w 2017 r., katalizowało zmiany w kontynentalnej polityce. Przyspieszyło emeryturę niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Obywatele m.in. Polski, Węgier, Włoch, Austrii, Francji, Niemiec i Skandynawii oddali ...

Afrykańska bomba

Adam Leszczyński

Społeczeństwa Zachodu gwałtownie się starzeją. Według szacunków ONZ w 2030 r. liczba ludzi powyżej 60. roku życia będzie rosła w tempie trzy razy szybszym od reszty populacji. W 2050 r. jeden na pięciu mieszkańców planety przekroczy sześćdziesiątkę. Ta demograficzna zmiana będzie jednak zachodzić w różnych krajach w różnym stopniu. Najszybciej – w Japonii i Europie, których populacje będą się kurczyć.

W tym samym czasie najuboższe kraje świata – w większości w Afryce – będą przeżywać demograficzną eksplozję. Na jej czele będzie Nigeria, już dziś nazywana Chinami Afryki. Według prognoz demografów jej populacja ma się zwiększyć z dzisiejszych 190 mln do 900 mln (!) mieszkańców do końca XXI w. Wszyscy ci ludzie będą tłoczyć się na obszarze zaledwie trzy razy większym od Polski. Największe miasto Nigerii, Lagos, już wkrótce awansuje do pierwszej trójki największych metropolii świata (już dziś jest przy tym w praktyce nieprzejezdne).

Jeszcze szybciej będzie przyrastała liczba ludności w państwach leżących na pograniczu Sahary, która swoją drogą będzie się powiększać ze względu na zmiany klimatyczne wywołane globalnym ociepleniem. Takie kraje jak Mali, Niger, Czad i Burkina Faso, które dziś liczą nieco ponad 70 mln mieszkańców, będą ich miały pod koniec stulecia blisko 500 mln – pół miliarda! „Wszystkie one są krajami bez dostępu do morza z najwyższymi poziomami analfabetyzmu i ubóstwa na świecie – pisał w 2013 r. w prestiżowym piśmie „Foreign Policy” amerykański dziennikarz i profesor Uniwersytetu Columbia Howard W. French. – Po prostu trudno sobie wyobrażać, aby mogły funkcjonować w aktualnym układzie geopolitycznym”. French przewiduje więc potężne zawirowania, które mogą prowadzić do konfliktów wewnętrznych i rozpadu krajów strefy Sahelu.

Według amerykańskiej organizacji pozarządowej Fund for Peace (Fundusz dla pokoju), przygotowującej ranking stabilności wewnętrznej 178 państw świata, 14 z 20 najbardziej niestabilnych krajów leży w Afryce. (Polska znalazła się w nim na 151. miejscu, pomiędzy Czechami i Chile, w towarzystwie pozostałych krajów Europy Zachodniej i Ameryki Północnej). W 14 niestabilnych afrykańskich krajach mieszka już dziś ponad pół miliarda ludzi. Wzrost populacji zwiększy tylko nacisk na ich chwiejne struktury państwowe.

(Adam Leszczyński, POLITYKA 4/2018)

Daj pracę

Łukasz Wójcik

Ekspert od migracji Sami Mahroum przekonuje, że imigrantom chodzi przede wszystkim o pracę i godny zarobek. Mogłaby to rozwiązać unijna agencja pracy (podobna działa już na mocy umowy Unia–Turcja z marca 2018 r.), dzięki której do UE przyjeżdżałyby tylko osoby mające zagwarantowane utrzymanie. I powinno się pozwolić im na pracę oraz chronić ich prawa osobiste, ale jednocześnie nie dopuścić ich do praw politycznych i socjalnych.

Tu Mahroum podaje przykład Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Imigranci wybierają ten kraj z pełną świadomością, że mogą się dorobić, jednocześnie nie ryzykując życia (choć akurat w ZEA to różnie bywa). Ale też godzą się na to, że będą mieszkańcami drugiej kategorii, bez praw wybierania czy bycia wybranym, bez dostępu do hojnego systemu pomocy społecznej czy do publicznej służby zdrowia. W ten sposób ZEA dają szansę lepszego życia prawie 8 mln przyjezdnych i jednocześnie unikają buntu 6 mln pełnoprawnych obywateli. Podobne zresztą rozwiązanie, choć na dużo mniejszą skalę, stosuje Szwajcaria. Na podstawie tzw. G-permit w Szwajcarii mogą pracować (i tylko pracować) mieszkańcy z obszarów nadgranicznych sąsiednich krajów. Muszą jedynie raz w tygodniu wrócić do domu.

Takie tworzenie podklasy, ludzi bez pełnych praw, wydaje się sprzeczne z liberalnym światopoglądem. Ale według Mahrouma można na to spojrzeć z drugiej strony: lepiej dać imigrantom tylko prawo do pracy niż żadne. Bo przecież przy współczesnych, antyimigranckich nastrojach w Europie wersja all inclusive wydaje się nieosiągalna. Z punktu widzenia imigranta taka podklasowość jest wciąż o niebo lepsza niż życie na czarno. To samo dotyczy uprzywilejowania i wpuszczania do kraju najlepiej wykształconych imigrantów. Tu pojawia się zarzut, że w ten sposób promuje się silniejszych kosztem słabszych, jednocześnie drenując biedniejsze kraje z ich najlepszych talentów. Dla Mahrouma sytuacja znów nie jest biało-czarna: lepiej wykształceni imigranci szybciej się asymilują, z korzyścią dla siebie i państwa przyjmującego. Na dodatek są w stanie więcej odłożyć i wspierać finansowo rodzinę w ojczyźnie.

(Łukasz Wójcik, POLITYKA 14/2018)