POLITYKA

środa, 22 listopada 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 20-22

Polityka

Rafał Kalukin

Czas na Macro-Polo?

Nie pierwszy już raz w naszej historii płynie z Francji „przykład, jak zwyciężać mamy”. My – czyli kto? I kim?

Po zwycięstwie Emmanuela Macrona nadzieja zagościła w wielu liberalnych sercach również w Polsce. Zwłaszcza tych, które wypisały się z wojny PiS z PO i domagają się trzeciej siły. Hasło „Czekamy na polskiego Macrona!” najwcześniej i najdobitniej zwerbalizował szef „Kultury Liberalnej” Jarosław Kuisz. Dedykując francuską lekcję skutecznej walki z populizmem „tłumowi oportunistów, który nas otacza, a który w mediach czy partiach politycznych de facto udaje demokratów”. Ów tłum – jak wyjaśnił autor – głównie poucza, gęsto stawiając „kordony sanitarne”, blokując pluralistyczną debatę i utrwalając dominujące podziały.

W rozmowie z POLITYKĄ Kuisz przekonuje, że dalsza radykalizacja sporu PO z PiS sprzyja dziś utrwaleniu dominacji Kaczyńskiego. Upieranie się przy tym konflikcie i uwięzienie w nim jest więc dla liberałów samobójcze. – Do tego dochodzi postdysydencki wymiar tego konfliktu, którym zarządzają dawni działacze opozycji. Jest on nierozerwalnie związany z ich biografiami. Wyrażany jest w języku, który dla młodszych pokoleń brzmi abstrakcyjnie. Nie przyciąga, lecz odpycha – dowodzi Jarosław Kuisz.

A bez mobilizacji młodego pokolenia, dodaje, nie ma szans na polskiego Macrona. Pytanie tylko, co powoduje, że ten się nie pojawia, skoro formułowane jest tak silne zapotrzebowanie.

Ostrożnie z analogiami!

Zwłaszcza jeśli porównujemy Francję do Polski. Tutaj zalecana jest ostrożność szczególna. „Francja jest krajem wiary w politykę” – powiada francuski filozof Marcel Gauchet (rozmowę z nim przeczytać można w ostatnim „Przeglądzie Politycznym”). I to już wystarczy, aby zapaliła się czerwona lampka, bo przecież w Polsce, i to od niepamiętnych czasów, polityka jest traktowana jako coś brudnego, nieprzyzwoitego, opresyjnego. Toteż przywykliśmy wybierać polityków, kierując się zasadą mniejszego zła.

„Ta polityka ma swe odrębne skrzydła” – rozwija refleksję Gauchet. „Stosunek do świata zewnętrznego, inaczej mówiąc – do roli Francji w świecie; a wewnątrz kraju – myśl o transformacji społeczeństwa, od reformistycznego umiarkowania do rewolucyjnego radykalizmu”. I znów nam zgrzyta, bo akurat tutaj Polacy są nielotami. Wiadomo, że polska chata zawsze z kraja i w gruncie rzeczy – mimo kompleksów – dobrze nam na rubieżach Europy. A jedynym naszym realnym zakorzenieniem społecznym jest rodzina i najbliższy krąg znajomych. Na postęp społeczny nie było tu nigdy wielkiego popytu, raczej już na konserwowanie tradycyjnych hierarchii. I nawet jeśli po 1989 r. takie postawy ulegały przemianom, nowe trendy rzadko kiedy promieniowały poza wielkomiejskie enklawy.

Krótko mówiąc, w porównaniu z rozpolitykowaną, a często i zrewoltowaną Francją jesteśmy oazą reakcji i tradycjonalizmu. Być może więc Francuzom na dziejowym wirażu musiał przydarzyć się Macron, który porywa społeczeństwo rewolucyjnym hasłem „En marche!” („Naprzód!”). Polak pewnie pokiwałby głową i zapytał z obawą: czy daleko trzeba będzie iść i dlaczego akurat w tym kierunku?

Od francuskiej specyfiki trudno więc uciec. Także na polu ustrojowym. Już konstytucja V Republiki, pisana pod rządy de Gaulle’a, ustawiała prezydenta ponad partiami politycznymi. Suwerenność głowy państwa dodatkowo gwarantował unikatowy w Europie korpus urzędników, wychowanych w duchu wierności wartościom Republiki.

Tyle że następcom de Gaulle’a coraz trudniej było odcinać partyjne balasty. Partykularyzmy stopniowo wypierały wspólnotowe wartości, a zarazem system oparty na rywalizacji republikańskiej prawicy i socjalistycznej lewicy trwał w najlepsze. Różnice między nimi stawały się przy tym iluzoryczne. Prawica gubiła nadający jej powagę autorytarno-państwowy wymiar. Z programu lewicy ostały się jedynie kulturowe emancypacje. Spór niewiele miał już wspólnego z życiem Francuzów. Prawdziwy podział był zupełnie inny: na globalistów i nacjonalistów, społeczeństwo otwarte i zamykające się.

Powstała więc próżnia, w którą zaczęli się wdzierać barbarzyńcy z Frontu Narodowego. Ich populistyczne obietnice niebezpiecznie koiły nerwy skołatane globalizacją i terroryzmem. Choć zadomowieni we francuskiej polityce, reprezentowali tradycje obce Republice – monarchistyczne, petainowskie, kolonialne. Byli jak obca bakteria w organizmie z rozregulowanym systemem immunologicznym (czytaj: partyjnym). Republikańska Francja na gwałt potrzebowała antybiotyku.

Prezydentura Macrona – niezależnie od jej dalszych losów – już na starcie zbliża się do gaullistowskiego ideału. Jest niemal absolutnie suwerenna, wyzwolona z logiki partyjnej, uwolniona od zbędnych zobowiązań. Nieoczekiwanie staje się próbą powrotu do źródeł V Republiki.

Inaczej niż we Francji przed pojawieniem się Macrona, podział partyjny w Polsce jest klarowny i adekwatny. Tu globaliści, tam lokaliści. Jedni chcą się otwierać na świat, drudzy przed nim chronić. Niezbyt precyzyjnie i raczej kontekstowo, ale odwzorowany zostaje też podział na prawicę i lewicę. W tym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]