POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 26-28

Społeczeństwo

Marta Sapała

Czas trzasnąć talerzem

Cel jest jasno określony: do końca 2030 r. ograniczyć marnowanie żywności o połowę. Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych tak postanowiło, Parlament Europejski przyklepał, Polska jest zobowiązana. Trzeba brać się do roboty.

Jeszcze kilka lat wstecz tematu praktycznie nie było. Ignorowaliśmy go, zajęci wchodzeniem na kolejne poziomy konsumpcyjnego wtajemniczenia. Starsze pokolenie, pamiętające wojnę, całowało chleb, który upadł na ziemię i za nic nie chciało go wyrzucać do śmieci, ale młodsze patrzyło na te gesty pobłażliwie.

Teraz okazuje się, że marnowanie żywności to potężny kłopot i wyzwanie jednocześnie. Zdaniem naukowców skupionych wokół multidyscyplinarnego projektu Drawdown zmniejszenie skali spożywczej nonszalancji na świecie jest jednym z trzech najbardziej skutecznych działań, które mogą powstrzymać, a nawet odwrócić proces zmian klimatycznych na Ziemi. Coraz więcej Europejczyków zauważa też, że marnotrawstwo jest zwyczajnie niemoralne. Choć na naszej planecie produkuje się dość jedzenia, by z zapasem nakarmić wszystkich jej mieszkańców, miliony ludzi głodują. Żywność, którą świat co roku wysyła na wysypiska (wg danych FAO: aż 1,3 mld ton), byłaby w stanie niemal dwukrotnie zaspokoić ich potrzeby.

W Brukseli debatuje się więc nad przyszłością daty ważności (do końca roku mają zapaść ustalenia na ten temat). Kolejne państwa liberalizują prawo dotyczące sprzedaży przeterminowanych produktów – Dania zezwala na ich sprzedaż, o ile są odpowiednio oznaczone, w całej Unii nie wolno już nabijać terminu przydatności do spożycia na wino, ocet, cukier, sól i niektóre wypieki. Powstają restauracje karmiące daniami przyrządzonymi z odrzuconych produktów, sieci handlowe wprowadzają do sprzedaży „brzydkie warzywa”, a internetowi i telewizyjni kreatorzy naszych kulinarnych gustów poddają transformacji definicję „resztki”, proponując dania z chrząstek, obierek i warzywnych łodyg.

Coś się zmienia i w świadomości Polaków. Powoli zauważają, że model życia oparty na nieustannym, bezrefleksyjnym wchłanianiu nie prowadzi w dobrym kierunku. Coraz liczniej chcą kupować lokalnie, jeść sezonowo i żyć, jak najmniej marnując. Biorą sprawy w swoje ręce. Nie ma kompostowników? Załóżmy swoje i zaprośmy sąsiadów. Sklep wyrzuca żywność, która wciąż może być zjedzona? Namówmy go, żeby się nią podzielił. Powstają internetowe aplikacje, przez które można się wymieniać posiłkami, w całym kraju jest już 20 Jadłodzielni, czyli stacjonarnych punktów, w których każdy może zostawić żywność, której już nie zje, a przy okazji się poczęstować. Działa oddolny system redystrybucji nadwyżkowej świątecznej żywności: wolontariusze odbierają ją z prywatnych domów i zawożą do jadłodajni. Albo – jak jakiś czas temu w jednej z poznańskich podstawówek – stawiają na szkolnym parapecie karton z napisem „Na kanapki”. Niech je zje ktoś, kto tego dnia przyszedł do szkoły bez drugiego śniadania.

Ile w koszu

Krystyna prawie niczego nie marnuje. Ma 57 lat, dwie dorosłe córki, które choć rozjechały się po Polsce, czasem odwiedzają ją w Raciborzu. Razem z mężem wydają na żywność 530 zł miesięcznie – czyli bardzo mało. Krystyna gotuje codziennie oprócz poniedziałków, gdy dojadają to, co przyrządziła w niedzielę. W tym miesiącu do śmieci trafiły: garstka zgliwiałego twarogu, pół słoika skwaśniałego kompotu, trzy zestawy włoszczyzny odciśnięte z całego warzywnego aromatu, pół małego kubka śmietany. Mniej niż kilogram jedzenia. Mniej niż 10 zł strat. Mniej niż 0,01 proc. tego, co Krystyna z mężem wydają na jedzenie.

Gdy podobne zapiski zaczynają prowadzić Agnieszka i Jakub z Łodzi, 40-latkowie, rodzice 7-letniego Piotrka, okazuje się, że we trójkę marnują miesięcznie ponad 7 kg żywności o wartości ok. 50 zł. Praktycznie codziennie wrzucają coś do kosza. Ćwiartkę selera, resztkę chleba. Resztki z obiadów to już prawie zawsze. Z pewnością są bliżej polskiej średniej.

Zdaniem dr Eriki Van Herpen z holenderskiego Uniwersytetu Wageningen jedynie notowanie wszystkiego, co się wyrzuca, pozwala uczciwie ocenić problem. Odpowiadając na pytania ankieterów, ludzie zwykle zaniżają wynik przynajmniej o połowę. Wyrzucanie jedzenia okazuje się czynnością zaskakująco intymną, a ludzka pamięć wymazuje to, co dla niej niewygodne. Do tego racjonalna część mózgu chętnie służy pomocą. Czy wyrzucenie wygotowanych warzyw to marnotrawstwo? Zdaniem Agnieszki i Jakuba – nie. Zdaniem eksperckiej platformy FUSIONS, zajmującej się szacowaniem skali marnowania żywności w Unii, na pewno tak. To ciągle dobra żywność. Można zrobić z niej farsz albo wegański pasztet.

Dlatego też polskie badania, takie jak robione przez firmę badawczą Kantar Millward Brown na zlecenie Polskiej Federacji Banków Żywności, z pewnością są niedoszacowane. Prowadzi się je najprostszą metodą: dzwoni ankieter i pośród wielu innych pytań zadaje to o jedzeniu w śmieciach. Tylko 31 proc. Polaków deklaruje, że w ogóle wyrzuca. A w końcu nawet Krystyna, przedstawicielka najgospodarniejszej grupy Polek i Polaków, od czasu do czasu przerzuca coś z lodówki do kosza na śmieci.

Statystyczna dezinformacja

W ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]