POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 10 (12) z dnia 2017-10-04; Niezbędnik Inteligenta. 2/2017. Postczłowiek; s. 6-11

Prolog

Paweł Walewski

Człowiek nie do zdarcia

Ludzi można już wyposażyć w udoskonalone oczy, ręce i nogi, a nawet kręgosłup lub organy wewnętrzne. Czy to świt ery cyborgów?

Jakie szanse ma człowiek na nieśmiertelność? Czy rewolucja informatyczna, biotechnologiczna i telekomunikacyjna przybliży go do tego celu? Gwałtowny rozwój robotyki medycznej oraz transplantologii – z wykorzystaniem już nie tylko ludzkich, ale też sztucznych narządów – stwarza perspektywy, jakie wcześniej wydawały się nierzeczywiste. Inspirujące odkrycia, o jakich stale donoszą serwisy naukowe, sycą ludzi obietnicami, że wkrótce uda się pokonać raka i wygrać z chorobami przewlekłymi. Że dzieci dostaną szansę na bezpieczniejsze życie, a osoby starsze nie będą musiały bać się niepełnosprawności.

Nie znaczy to jeszcze, że śmierć przestanie zbierać żniwo i nie będzie nadal budzić strachu. Można zapomnieć o nieustannie odradzających się homunkulusach. Biologia ma swoje ograniczenia i chyba nie ma co liczyć na życie poza limit wyznaczony przez ewolucję. Ale wiadomo już, że nie będzie to 80 ani 100 lat, ale 120 lub 150. Lecz co ważniejsze – naukowcy pracują nad tym, aby kres ludzkiej egzystencji nie był tak trudny jak obecnie; aby wszyscy, bez względu na wiek, mogli prowadzić życie aktywne i zdrowe. Bez ograniczeń, bez wyrzeczeń.

Koszty rozwoju

Spełnienie takiej obietnicy nie będzie łatwe. Krótka analiza zalet i wad rozwoju cywilizacyjnego wskazuje, że każdy sukces był jednocześnie zalążkiem klęski. Antybiotyki weszły do powszechnego użycia po 1945 r. Zgodnie z przewidywaniami okazały się najwygodniejszą bronią w walce z zarazkami, zamieniając wiele śmiertelnych chorób – np. zapalenia płuc – w przejściowe infekcje. Dziś już jednak wiadomo, że traktując nimi bakterie, przyspiesza się tylko ich ewolucję. Ospa, dżuma, cholera – które kiedyś potrafiły wybić jedną trzecią mieszkańców Europy – przestały siać postrach. Ale w ich miejsce pojawiły się nowe choroby – ebola, grypa, wirus Zika – z którymi mimo sporego wysiłku naukowców nie można sobie szybko poradzić.

Cywilizacja wyposażyła ludzi w samochody, ale tysiące giną w wypadkach na drogach. Dała możliwość korzystania z wind, przez co jednak współczesny człowiek porzucił wchodzenie po schodach, czynność dającą dobre skutki w profilaktyce chorób serca i mięśni. XXI w. przyniósł zminiaturyzowane komputery, smartfony i tablety, które jednak pogarszają wzrok użytkowników, przemieniając ich w krótkowidzów. Ludzkość stoi na progu upowszechnienia się wirtualnej rzeczywistości, która zapewnia mnóstwo atrakcji, zniechęcając jednocześnie do wychodzenia z domu i uprawiania jakiegokolwiek sportu. Depresje i nerwice to już chleb powszedni, wywołany szaleńczym tempem nowoczesnego życia.

Gdzie zatem szukać pocieszenia, skoro za postęp płaci się coraz wyższą cenę? Nadzieję dają transplantologia i biotechnologia.

Nie chodzi tu jednak o przeszczepianie narządów znane z obecnych czasów. Dla osób przyzwyczajonych do list dawców i biorców, skomplikowanej definicji śmierci mózgowej i sporów o jej etyczne podstawy, jedną z najistotniejszych zmian będzie możliwość hodowania własnych organów z komórek macierzystych lub poleganie na narządach sztucznych, czyli automatycznych urządzeniach wszczepianych do organizmu człowieka. Aż kusi, aby pomarzyć, że uda się wyhodować w laboratorium zestaw narządów, które człowiek będzie mógł wymieniać, gdy jego własne ulegną degeneracji, lub że dzięki genetyce wszystkie nieuleczalne choroby zostaną opanowane.

Że taka wizja może się ziścić, pokazują eksperymenty ze sztuczną macicą, sztuczną skórą, bionicznym okiem… A przecież nie są to pierwsze ludzkie organy, którymi próbowano zastąpić te naturalne, zużyte. Palma pierwszeństwa w tym wyścigu zdecydowanie należy się sercu. A historia urządzenia o nazwie AbioCor może być wielce pouczająca.

Serce odzyskane

Pierwsze w pełni autonomiczne sztuczne serce wszczepiono 3 lipca 2001 r. w uniwersyteckim Louisville Jewish Hospital w amerykańskim stanie Kentucky. Operacja trwała 7 godzin, a 59-letni żołnierz piechoty morskiej Robert L. Tools – który z powodu zaawansowanej niewydolności i nadciśnienia płucnego miał przed sobą raptem miesiąc życia – mógł dzięki eksperymentowi przeżyć jeszcze prawie pół roku.

Nie on jednak był bohaterem tej operacji, lecz AbioCor – urządzenie wielkości grapefruita, wyprodukowane przez firmę Abiomed z Danvers, niedaleko Bostonu. Ważyło 900 g, pracowało cicho i miarowo. Podstawowym szczegółem różniącym go od naturalnego serca był brak przedsionków. Synchronizację pracy komór, pompujących w ciągu minuty nieco ponad osiem litrów krwi, zapewniał tytanowy silnik zasilany przez skórę niewielką baterią przymocowaną do paska (aparat posiadał też własny akumulator wewnętrzny, który działał przez pół godziny podczas wymiany baterii zewnętrznej).

Nigdy wcześniej żadnemu choremu nie usunięto naturalnego narządu, by w jego miejsce wstawić całkowicie autonomiczną sztuczną pompę. Na tym polegał przełom, bo sama idea wykorzystania aparatury zastępującej pracę mięśnia sercowego nie była nowa. Francuski lekarz wojskowy Julien Offray de La Mettrie już w połowie XVIII w. próbował skonstruować model ludzkiego serca w przydomowym warsztacie, a mniej więcej 200 lat później rozpoczęto eksperymenty na psach, zastępując ich serca biologiczne sterowaną pneumatycznie pompą wykonaną z polichlorku winylu.

AbioCor otwierał nowy rozdział. Dawał chorym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • Człowiek nie do zdarcia

    Człowiek nie do zdarcia - [rys.] Mazurczyk Lech