POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 44 (2217) z dnia 1999-10-30; s. 23-26

Kraj

Ewa Winnicka

Człowiek z lumpeksu

Według Ministerstwa Gospodarki, co roku trafia do Polski 80 tys. ton używanej odzieży. Dwa kilogramy na obywatela. Prawie połowa tego, co obywatel kupuje. Według hurtowników import nielegalny to dodatkowe 40 tys. ton. Dziś odzież używaną sprzedaje 4 tys. sklepów i hurtowni. Można się w nich ubrać ładnie, modnie lub tanio. Ale worek z używaną odzieżą ma drugie dno.

Na początku tygodnia minister gospodarki ogłasza ograniczenie importu używanych ciuchów. Wściekli importerzy wydzwaniają do ministerstwa. Przedsiębiorcy tekstylni tryumfują, gazety ubolewają nad biedakami pozbawionymi tanich zimowych sweterków. Po trzech dniach gazety obwieszczają: rząd ustąpił. Ministerstwo się oburza: rozporządzenia jeszcze nie wprowadzaliśmy, nie ma się z czego wycofywać. Problem odzieży jest, czeka na rozwiązanie.

Chodzi o tanie swetry na zimę i o wielkie, łatwe pieniądze importerów. O polskie zagrożone tekstylia i o nieszczelną granicę, przez którą w kontenerach z ubraniami przemyca się spirytus, motory, a nawet samochody.

Marzenie polskiej gospodyni

Historia rozpoczyna się w którejś z dzielnic Norymbergii, Monachium albo Hagi. Zaprogramowana demokratycznie i obywatelsko ludność wystawia: w poniedziałki stare meble, w środy niepotrzebne ubrania, w piątki sprzęt gospodarstwa domowego. Wszystko to pakowane staranną ręką niemieckiej gospodyni do czarnych foliowych toreb lub do worków Czerwonego Krzyża i wystawiane przed furtką, tuż obok pojemników na śmieci. Im lepsza dzielnica, tym staranniej wysortowany ...