POLITYKA

Wtorek, 23 lipca 2019

Polityka - nr 34 (2155) z dnia 1998-08-22; s. 34-36

Świat

Marcin Meller

Czwarta minęła, idzie piąta

Pod wodą znalazł się obszar wielkości całej Polski. Powódź dotknęła 250 milionów ludzi, tyle, ile liczą mieszkańców Stany Zjednoczone. A do czego porównać 14 milionów ewakuowanych? Pięć milionów zniszczonych domów? Pięć milionów ludzi zmobilizowanych do walki z żywiołem?

To na pewno najgorszy kataklizm, jaki spowodowała - ustępująca na świecie wielkością tylko Amazonce i Nilowi - rzeka Jangcy od 1954 r., kiedy życie straciło ponad 30 tys. ludzi. Niektórzy twierdzą, że w ogóle największy w historii, bo najgorsze dopiero czeka w ciągu nadchodzących tygodni.

Wedle szacunków (bo precyzyjnymi danymi nikt nie dysponuje) życie straciło dotychczas ponad dwa tysiące osób. Mimo porównywalnej skali kataklizmu do tego sprzed ponad czterdziestu laty, ludzie byli lepiej zabezpieczeni. Po katastrofie 1954 r. wzniesiono wiele wałów, skuteczniejsza jest dzisiaj łączność i system ostrzegania. Ale mimo wszystko dane o dwóch tysiącach ofiar nie budzą zaufania. Informację podały w pierwszym tygodniu sierpnia chińskie władze i odtąd liczba ofiar się nie zmienia. A przecież dramat wciąż trwa. Znikają pod wodą kolejne wsie i dzielnice miast.

Zrozumiałe jest zaniżanie liczby zmarłych. To naturalny odruch wszelkich autorytarnych władz. W Polsce w zeszłym roku powódź stała się telewizyjnym widowiskiem, dramatem sezonu ogórkowego; w Chinach, skoro ze względu na rozmiar nie da się jej przemilczeć, stara się ją "zrekonstruować". ...