POLITYKA

Czwartek, 19 lipca 2018

Polityka - nr 20 (2554) z dnia 2006-05-20; s. 98-101

Społeczeństwo / Rzeź zwierząt

Agnieszka Malik

Czy mięso może cierpieć?

Gdy mają wejść do samochodu, słychać ich płacz. Pociągają nosem, jakby śmierć miała jakiś konkretny zapach.

Nikt nie pamięta, jak naprawdę miał na imię Węgielek, który niemal całe życie przepracował w kopalni. Gdy dla górnictwa nastały gorsze czasy, ciągał furmankę z węglem ulicami Zabrza. Kiedyś upadł w centrum miasta i sparaliżował ruch uliczny. Przekleństwa kierowców mieszały się z gwizdami. Kiedy się ocknął w Przystani Ocalenie, usłyszał po raz pierwszy, że jest Węgielkiem. Przez następnych kilka dni próbował stanąć na pokrwawionych nogach, jakby wiedział, że śmierć dopada najczęściej leżących bez sił i nadziei. Otwarte rany powoli się zasklepiały. W końcu udało mu się zrobić kilka kroków. Do dziś musi być jednak stawiany na nogi przez kilku dorosłych mężczyzn. Potem maszeruje sztywnym krokiem niczym generał, bo uszkodzonej kończyny nie można zoperować.

20-letnia Gryfka od dziecka pracowała jako siła pociągowa. Nigdy się nie buntowała, a jednak bez przerwy obrywała łopatą i drągiem. Z czasem w ropiejących ranach zagnieździło się robactwo. Mieszkańcy Szarlejki, w której spędziła życie, odwracali wzrok, gdy szła środkiem ulicy – wychudzona, z wyraźnie zarysowanymi żebrami. Kiedy upadła na głównej drodze, powstało zbiegowisko. Nikt nie powstrzymywał jednak kopniaków, mających zmobilizować ją do wstania. Dla konającej na asfalcie Gryfki wybawieniem okazała się przejeżdżająca obok Beata Adamus. Przekonała gospodarza, że życie Gryfki warte jest 1850 zł. Gratis dodał owczarka, zamkniętego w klaustrofobicznym kojcu.

Gryfka trafiła do Przystani Ocalenie pod Pszczyną i do dziś z Puszkiem – tak nazwano owczarka – stanowią nieodłączną parę. Gdyby nie Dominik Nawa i Dorota Szczepanek, którzy trzy lata temu stworzyli dom dla chorych i maltretowanych stworzeń, Gryfka i Węgielek nigdy by się nie spotkali. Może jedynie na talerzu jako kawałki koniny.

Żywe, nieoclone

W 2003 r. wyeksportowano z Polski dokładnie 8 857 868 kg mięsa końskiego do Włoch, Francji i Belgii. Wywieziono 40 838 koni, które cierpiały na trasie 2,5 tys. km, pozostając przez 96 godzin bez jedzenia i picia, bo odbiorcy we Włoszech cenią tzw. suchą koninę. Interes opłaca się, gdyż żywe mięso nie jest obłożone cłem. Tylko w pierwszym kwartale 2004 r. do Europy Zachodniej wyeksportowano 12 423 konie i 2 646 961 kg mięsa.

Po licznych interwencjach organizacji ekologicznych główny lekarz weterynarii wprowadził zakaz transportowania rannych zwierząt, który i tak nie jest przestrzegany. – Polska należy do liderów w eksporcie żywych koni – dowodzi Wojciech Owczarz ze Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego Klub Gaja w Bielsku-Białej. – Opanowaliśmy 70 proc. rynku. Za nami są Litwa, Węgry i Rumunia.

Za 600–700 kg koniny Włosi płacą 3–4 tys. zł. Najlepiej więc opłaca się kupić na targu za grosze cierpiące i chore zwierzęta. Gaja zebrała ponad pół miliona podpisów pod petycją w sprawie skreślenia koni z listy zwierząt rzeźnych, które już w transportach śmierci traktowane są jak mięso, zanim faktycznie nim się staną. – W 2004 r. znacznie wzrósł eksport koni przeznaczonych na rzeź – informuje Jacek Bożek, prezes Gai. – Trybunał Praw Zwierząt w Genewie uznał Polskę za jeden z krajów najokrutniej traktujących zwierzęta rzeźne.

Do ciężarówki pakuje się przeważnie dużo więcej zwierząt niż dopuszcza norma. Przywiązywane są do ścian auta na krótkich sznurkach, tak że każdy upadek jest dla nich śmiertelny. Jeżeli się nie zaduszą, zostają zadeptane przez pobratymców – tłumaczy Dominik Nawa z Przystani Ocalenie, zarazem prezes Komitetu Pomocy dla Zwierząt w Tychach. – Zdarza się, że w czasie jazdy konie wypadają z paki, pośliznąwszy się na własnych odchodach.

Kilka lat temu ówczesna żona kanclerza Niemiec Hiltrud Schröder uczestniczyła w zatrzymaniu na autostradzie transportu koni rzeźnych. Dziesięć z nich dobito na miejscu, by skrócić im męczarnie. Pozostałe pokrwawione, z płatami zwisającego mięsa i rozbitymi głowami, pojechały w dalszą drogę. Pani Hiltrud powiedziała wówczas, że widziała, jak konie płaczą, choć wcześniej myślała, że tylko z ludzkich oczu mogą cieknąć łzy.

Dorota Szczepanek z Ocalenia w marcu 2005 r. brała udział w kontroli ciężarówki, na którą kilka minut wcześniej zapakowano ciężko chore zwierzęta, kupione za półdarmo na końskim targu. Jej właściciel już raz został ukarany za znęcanie się nad zwierzętami. – Chociaż samochód przejechał dopiero 45 km, kilka koni już leżało na podłodze – opowiada. – Przy samym wejściu na pakę przewrócił się mały źrebaczek. Z wycieńczenia nie mógł utrzymać się na nogach. W głę...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Ustawa oochronie zwierząt z1997r.

Art. 1: Zwierzę jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.

Art. 6: Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień (...), a w szczególności transport zwierząt, w tym zwierząt hodowlanych, rzeźnych i przewożonych na targowiska, przenoszenie lub przepędzanie zwierząt w sposób powodujący ich zbędne cierpienie i stres.

Zraportów NIK

1997 r.: Śmiertelne upadki zwierząt w czasie transportu stwierdzono w 70 proc. skontrolowanych jednostek. Nadmierne zagęszczenie powodowało nawet zaduszenie zwierząt w czasie transportu.

1998 r.: 95 proc. transportów przekracza normy załadunkowe. 40 proc. firm nie zapewniło zwierzętom warunków transportu nie grożącego urazami i okaleczeniami. Z niektórych pojazdów zwierzęta mogły nawet wypaść podczas podróży.

2005 r.: Więcej niż połowa rzeźni łamie przepisy o uboju, np. zwierzęta są źle głuszone. Zdarza się, że są oprawiane jeszcze żywe.

Na ratunek

W Polsce wiele organizacji prowadzi akcje na rzecz ratowania koni. „Nie w moim imieniu” to ogólnopolska kampania międzynarodowej fundacji Viva!, mająca na celu wprowadzenie zakazu transportu koni na rzeź. Od stycznia 1999 r. o zmiany w polskim ustawodawstwie walczy klub Gaja z Bielska-Białej, który rozpoczął ogólnopolską akcję „Zwierzę nie jest rzeczą”, stawiając sobie za główny cel wprowadzenie zakazu eksportu żywych koni na rzeź. Dzięki pieniądzom z akcji „Zbieraj makulaturę, ratuj konia” uratowano życie 14 zwierzętom. Fundacja Pegasus ratuje konie z targu w Bodzentynie. Członkowie fundacji uczestniczyli w inspekcjach końskich targów i transportów koni jadących na ubój. Do tej pory uratowali 38 koni.

Scarlett i Piotr Szyłogalis-Jankowiak kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia prowadzą schronisko dla koni Tara. Mieszka w nim ponad 40 ocalałych zwierząt. Do największych i zarazem najstarszych należy Fallada prowadzona przez niemiecką fundację Pro Animale. Schronisko, w którym mieszka ponad 100 koni, założyła nauczycielka Johanny Wothke. W Polsce wolontariusze uratowali 225 koni.

Nazwy miejscowości, w których przebywają uratowane konie, objęte są tajemnicą. Ich opiekunowie boją się bowiem zemsty handlarzy.