POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 14-15

Temat tygodnia

Martyna BundaAleksandra Żelazińska  [współpr.]

Czyje są dzieci

Do kogo należy dziecko? Do państwa czy do rodziców? I gdzie przebiega granica?

Sprawa rodziców z Białogardu, którzy uciekli z dzieckiem ze szpitala, bo nie zgadzali się na stosowane przez lekarzy procedury, została zamknięta. Sąd uchylił decyzję ograniczającą ich prawa rodzicielskie – oficjalnie mówiono, że ograniczenie od początku było tymczasowe, bo dotyczyło tylko opieki okołoporodowej; skoro zatem ten czas minął, więc i ograniczenie praw stało się zbędne. Ale w powszechnym odbiorze sąd przyznał rację rodzicom.

W tym samym czasie prawicowa prasa ogłosiła Polskę ostatnim bastionem wolności dla europejskich rodziców. Norweżka Silje Garmo uciekła do Polski z córką i oficjalnie poprosiła o azyl z powodu prześladowania jej jako rodzica. Wnuczka współautora norweskiej konstytucji, córka dyplomatów, wedle własnej opinii była nękana przez Barnevernet, czyli norweski urząd do spraw dzieci. Zajęto się jej rodziną z powodu donosu, że niewłaściwie opiekuje się dzieckiem. Norweżka uważa, że jej kraj podchodzi do rodzicielstwa w sposób totalitarny.

Polacy kontra świat

Trafiła do Polski, bo jeszcze w swoim kraju zgłosiła się do oddziału polskiej organizacji Ordo Iuris. To ta sama fundacja, która próbując doprowadzić do całkowitego zakazu aborcji w Polsce, wywołała słynny Czarny Protest parasolkowy. Mniej znanym aspektem działalności Ordo Iuris jest właśnie wspieranie polskich rodziców w walce z urzędami do spraw dzieci różnych państw.

Większość krajów w Europie ma takie urzędy. W Polsce najbardziej znany jest niemiecki Jugendamt, media regularnie opisują instytucję przy okazji „odbierania dzieci polskim rodzicom”. Poza przypadkami jaskrawymi powodem interwencji jest zwykle coś, co nazwać można różnicą kulturową. Polscy rodzice przyjeżdżają do obcego kraju przekonani, że dziecko jest ich własnością. Reagują niedowierzaniem, gdy urząd czegoś wymaga, twierdząc, że reprezentuje interesy ich własnego dziecka. Przecież nie piją na umór, nie biją do krwi, więc po co wtrącać się w ich życie?

Podobna sprawa, ale dotycząca rodziny mieszkającej w Polsce, trafiła na billboardy w ostatniej kampanii wyborczej. Rodzice z Krakowa zgłosili się po pomoc do poradni psychologicznej, bo nie radzili sobie z zachowaniem synów. Psychologowie, którzy pracowali z chłopcami, ostrzegali, że ojciec, używając agresji jako jedynej strategii rozwiązywania problemów, uniemożliwia unormowanie sytuacji. Ojciec oburzał się, że psychologowie nie nim mają się zajmować, ale dziećmi, że po prostu wywiązuje się z roli – konserwatywnie pojmowanej. Psychologowie nabrali zaś przekonania, że agresja w tej rodzinie z czasem zacznie zagrażać synom fizycznie. Sąd w Krakowie przychylił się do ich zdania i nakazał czasowo umieścić dzieci w rodzinie zastępczej.

Gdy sprawę opisały media, kandydat na prezydenta Andrzej Duda obiecał, że jeśli wygra wybory, to „ukróci sądową patologię” i połączy tę rodzinę. Tak się stało. Niebawem PiS, w kampanii do Sejmu, ogłosił, że odtąd żadne dziecko nie zostanie odebrane rodzicom z powodu biedy czy złych warunków mieszkaniowych, a żaden chłopiec w żadnym polskim przedszkolu nie będzie wbrew woli rodziców przebierany za dziewczynkę. Dowartościowując popularny wśród Polaków pogląd, że „dziecko należy do rodziców”, PiS przy okazji napiętnował pogląd przeciwny, że „dziecko jako niezależna istota ma własne prawa, które czasem mogą stać w sprzeczności z prawami i interesami rodzica” – jako niebezpieczny, bo lewacki. Pokrewny wszystkim tym feminizmom, dżenderyzmom, ekologizmom itp. Czyli zły.

Polacy dla świata

To paradoks, że przez wiele lat właśnie Polska uczyła inne kraje, że prawa dziecka są niezależne od praw jego rodziców. Polski Żyd Janusz Korczak jako jeden z pierwszych pedagogów w historii nazwał rzecz po nowemu: „Nie ma dzieci, są ludzie”. Po drugiej wojnie przeróżni Judymowie jeździli po wsiach i zapędzali się w podejrzane dzielnice, by ratować dzieci z życiowych opałów. Wśród nich była Maria Łopatkowa. To dzięki jej osobistym staraniom w 1978 r. uchwalono – wywrotową jak na owe czasy – Międzynarodową Konwencję Praw Dziecka. To Polska przedstawiła Komisji Praw Człowieka ONZ projekt uchwały bazowego dziś dla większości krajów Zachodu aktu prawnego, gwarantującego dzieciom podmiotowość.

Jednak w praktyce dzieciaki ratowane przez Judymów ze złych domów utykały w państwowych molochach z wychowawcą, urzędnikiem na godziny. We wczesnych latach 90. następne pokolenie Judymów (które w odróżnieniu od lewicowego środowiska Łopatkowej uważało się za prawicowe i konserwatywne) zaczęło więc forsować kolejny pomysł, wywrotowy jak na owe czasy, że „podstawowym prawem człowieka-dziecka jest wychowanie w biologicznej rodzinie”. Wcześniej starano się możliwie szybko znaleźć dla dziecka rodzinę adopcyjną (co się nie udawało). Marek Andrzejewski czy Tomasz Polkowski chcieli niemal za wszelką ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]