POLITYKA

Piątek, 19 lipca 2019

Polityka - nr 42 (2676) z dnia 2008-10-18; s. 116-121

Na własne oczy

Barbara Pietkiewicz

Debiut na balu

Są inne takie bale na świecie, w Paryżu, Wiedniu, Moskwie. Wystarczy na nie kupić bilet, jeśli kogoś na to stać, i można wejść tanecznym krokiem w dorosłe życie. Na warszawski Bal Debiutantów trzeba zostać zaproszonym. Dostąpić zaszczytu. I być panną lub kawalerem.

Już stylistki z firmy L'Oreal nakładają makijaż na twarze debiutantek. Jakże one w oczach się zmieniają, zachwyca się Jan Maria Poniński, debiutant, jak ładnieją. Stylistki z jednego są niezadowolone – debiutantki mają niewydepilowane brwi, zbyt szerokie, a powinny być jak węgielkiem narysowane, jak u Oleńki, jakże to: krzaczaste do delikatnego, panieńskiego makijażu? Wiele z nich w ogóle się nie maluje, dziwią się stylistyki. Dopiero tu, na balu, pierwszy raz. I zdarza się, mówi hrabina Jolanta Mycielska, że po raz pierwszy wkładają rodzinną biżuterię po babci, po prababci, jeśli oczywiście precjozów nie zjadły wojna i PRL. Też delikatną, coś na szyję, pierścioneczek. I fraki debiutantów. Też pierwsze. Jolanta Mycielska, która bale debiutantów reaktywowała w 1998 r. (w Polsce Ludowej nikt najmarniejszej sali by na to nie dał), przypomina sobie, że na pierwszym z balów, odbywanych co dwa lata, młodzież męska występowała, bywało, we frakach rodzinnych, które nadgryzły tu i ówdzie mole.

Teraz fraki bierze się ...