POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 40-42

Rynek

Adam Grzeszak

Do góry kołami

Kończy się motoryzacja, jaką znamy. Nadjeżdża nowa, w której niemal wszystko się zmienia. Zabraknąć może nawet legendarnych marek – Volkswagena, Forda czy Toyoty.

Hyundai po raz pierwszy publicznie pokazał nowy model typu FCEV, czyli z ogniwami wodorowymi. To samochód elektryczny, który zamiast ciężkich akumulatorów ma na pokładzie małą elektrownię wytwarzającą energię w procesie utleniania wodoru. W opinii wielu ekspertów tak będzie wyglądała przyszłość motoryzacji, przynajmniej w jej paliwowym wymiarze. Zamiast tankować benzynę albo czekać, aż naładują się akumulatory, błyskawicznie zatankujemy zbiornik sprężonym wodorem i bezszelestnie ruszymy w drogę, zostawiając za sobą obłoczek pary wodnej, uboczny efekt pracy ogniw paliwowych.

Nowy Hyundai wejdzie do sprzedaży na początku przyszłego roku. Będzie to już drugi tego typu model koreańskiej marki produkowany seryjnie. Trudno mu wróżyć wielką karierę, bo paliwo wodorowe jest na razie drogie i trudne do kupienia. Sprzedają je nieliczne stacje i to w niektórych krajach. Jego produkcja jest kosztowna, a transport i dystrybucja skomplikowane i niebezpieczne.

Wszystko to nie odstrasza firm samochodowych, dlatego przybywa modeli wodorowych. Choć oznacza często, że koncerny muszą same troszczyć się o paliwo dla swoich klientów. Tak jak Toyota, która, chcąc wprowadzić do sprzedaży w Polsce swój wodorowy model Mirai, negocjuje z Orlenem i Lotosem, by zaczęły oferować to paliwo.

– SUV Hyundaia nowej generacji jest prawdziwym przykładem ekologicznego pojazdu przyszłości – zachwyca się Lee Ki-sang, wiceprezes Hyundai Motor Eco Technology Center. Czy samochód wodorowy jest rzeczywiście ekologiczny, pozostaje sprawą dyskusyjną. Wytwarzanie energii elektrycznej w ogniwach wodorowych wprawdzie nie zanieczyszcza środowiska, ale produkcja wodoru już tak. Bo najtańszym źródłem dla jego uzyskania (w stanie molekularnym wodór nie występuje) jest dziś gaz ziemny. Tyle że przy okazji powstaje masa szkodliwego CO2. W przyszłości jednak wodór ma być masowo wytwarzany w procesie elektrolizy wody, dzięki taniej i czystej energii elektrycznej, którą zapewni energetyka odnawialna. Takie w każdym razie jest założenie, na którym budowane są scenariusze przyszłości motoryzacji. Koncerny samochodowe z obawy, że mogą coś przegapić, wprowadzają do sprzedaży pionierskie, szaleńczo drogie (Toyota Mirai kosztuje ok. 300 tys. zł) i trudne w eksploatacji samochody. Trzeba szykować się na wodorową rewolucję, zdobywać doświadczenie i dopracowywać patenty.

Niewiarygodna głupota

Tylko czy nie okaże się, że to ślepa uliczka? Jest o tym przekonany Elon Musk, największy apostoł nowych technologii. Napęd wodorowy nazywa „niewiarygodną głupotą” i wróży porażkę. Bo zużywanie energii elektrycznej do wytwarzania wodoru, by ponownie zamienić go na elektryczność, jest marnotrawstwem. Można ją przecież załadować do akumulatorów. Dlatego prawdziwą przyszłością są samochody elektryczne na baterie – przekonuje. Stworzona przez Muska firma Tesla Motors jest dziś największym producentem czysto elektrycznych aut i wyznacza standardy elektromobilności.

To rewolucja ogarniająca cały świat. Szefowie koncernów, którzy niedawno deklarowali, że przyszłość motoryzacji to „czysty diesel”, dziś licytują się w elektrogorliwości. A najbardziej ci, którzy w niezakończonej jeszcze aferze dieslowskiej mają najwięcej na sumieniu. Dlatego Grupa Volkswagena złożyła zobowiązanie, że do 2030 r. dokona elektryfikacji całej gamy swych modeli.

Podczas niedawnego salonu samochodowego we Frankfurcie Matthias Müller, prezes zarządu Volkswagen AG, zapewniał, że każdy z 300 modeli będzie miał co najmniej jedną wersję z napędem elektrycznym. Będzie to dotyczyło każdej marki koncernu (VW, Audi, Skoda, SEAT, Porsche, Bentley, Bugatti, Lamborghini) na każdym rynku. – To nie jest oświadczenie o ewentualnych zamiarach, ale zobowiązanie, z którego od dzisiaj będzie nas można rozliczać – zaklinał się prezes.

Także konkurenci nie próżnowali. Mercedes-Benz ogłosił, że wprowadza na rynek nową markę produktów elektromobilności – EQ, czyli Electric Intelligence. Znakiem EQ będą oznaczane usługi i nowe elektryczne modele, takie jak np. maleńki Smart Vision EQ czy EQA, czyli elektryczna klasa A. W sumie we Frankfurcie pokazano kilkanaście nowych modeli elektrycznych i wodorowych: BMW, Mini, Mercedesa, Hondy, Toyoty, Renault i Citroëna. Przybyło też sporo spalinowo-elektrycznych hybryd, które uznawane są za etap przejściowy w drodze do powszechnej elektromobilności.

Energia, z jaką przemysł samochodowy zaangażował się w elektryczną rewolucję, nie wynika z naturalnego rozwoju technologii, lecz jest w dużym stopniu reakcją na działania polityków. To oni uznali, że należy postawić na napęd elektryczny, tak jak niedawno jeszcze domagali się od przemysłu udoskonalonych silników spalinowych, coraz mniej palących i nieemitujących szkodliwych spalin.

Co na to fiskus

Europa stawiała na diesle, w USA trwały prace nad silnikami benzynowymi nowej generacji w ramach promowanego przez prezydenta Clintona programu budowy „litrowego silnika”, czyli takiego, który na 100 km będzie zużywał litr paliwa. Oba projekty nie przyniosły oczekiwanych efektów, dlatego politycy umieścili auta spalinowe na indeksie. Wymuszają teraz na producentach szybkie przejście ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]