POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 34 (2207) z dnia 1999-08-21; s. 35-39

Świat

Jolanta Darczewska

Domowe Biuro Polityczne

Każda zmiana w rosyjskim Białym Domu (siedzibie premiera Federacji Rosyjskiej) - osłabiając ośrodek rządowy i pogłębiając chaos decyzyjny - zmusza do pytania: kto rządzi Rosją? Wszyscy obsesyjnie wręcz koncentrują się na "klanie Jelcyna", "kuchennym gabinecie Kremla" czy też Familii. Nawet poważni politycy rosyjscy, pytani o szanse Władimira Putina, cynicznie odpowiadają, że w obecnej sytuacji Duma (parlament) na stanowisko szefa gabinetu zatwierdzi choćby i kangura z moskiewskiego zoo.

W jelcynowskim systemie sprawowania władzy wszelkie kluczowe decyzje zapadają na Kremlu, w Administracji Prezydenta (AP). Podczas długich okresów fizycznej niedyspozycji Jelcyna podejmuje się je w gronie Familii - osób z najbliższego otoczenia prezydenta. Dominuje w niej teraz jego córka Tatiana Djaczenko, oligarchowie Borys Bierezowski, Anatolij Czubajs, Roman Abramowicz oraz obsługujący Familię szef AP Aleksander Wołoszyn i szef Wydziału Administracyjno-Gospodarczego Kremla Paweł Borodin. Określenie Familia jest o tyle trafne, że głównym miejscem jej spotkań jest kremlowski gabinet Tatiany Djaczenko - doradcy prezydenta.

Familia ma do dyspozycji rozbudowany aparat urzędniczy, który jeszcze niedawno liczył ponad 2 tys. urzędników, dwukrotnie przewyższając aparat rządowy. W hierarchii rosyjskich służb publicznych aparat Kremla usytuowany jest wyżej niż aparat Białego Domu, ma też bardziej rozległe i strategiczne kompetencje związane z realizacją programów prezydenckich. Aparatowi kremlowskiemu faktycznie podporządkowany jest także rząd, którego uchwały i rozporządzenia wymagają kontrasygnaty szefa AP. Już sam ten fakt potwierdza, że roli ani kompetencji premiera Rosji nie należy przeceniać. Nawet jeśli wywodzi się on z wszechwiedzących służb specjalnych. Jelcyn zawsze bowiem traktował rząd jako dodatek do swej administracji - rzeczywistego centrum kierowania Rosją.

Najpierw pieniądze

Kluczowe znaczenie dla Familii ma urząd kierowany przez Borodina. Prasa moskiewska określa go mianem "ministerstwa dystrybucji dóbr" albo "tajną kancelarią do spraw obsługi urzędników państwowych". Statutowo zajmuje się materialnym zaopatrzeniem federalnych organów władzy. Zaopatrując, ma jednakowoż na względzie aktualną koniunkturę na szczytach władzy. Dowodnie unaocznił to w ubiegłym roku sam Jelcyn, publicznie informując, iż polecił Borodinowi rozwiązanie problemów mieszkaniowych deputowanych Dumy i dodał, puszczając oko, że przydziały będą uzależnione od rezultatów głosowania nad kandydaturą premiera Kirijenki.

Wydział Administracyjno-Gospodarczy Kremla to zarazem ogromne imperium finansowe. Skupia blisko 200 firm zatrudniających 120 tys. pracowników. Same znajdujące się pod jego zarządem biura w Moskwie zajmują powierzchnię 3 mln m kw. Podlega mu także kremlowska służba zdrowia, kompania lotnicza Rossija (70 samolotów), sieć restauracji, cztery hotele (Prezydent, Zołotoje Kolco, Arbat, Mir).

Oprócz sanatoriów, pensjonatów, domów wypoczynkowych i willi rządowych rozrzuconych po całej Rosji, we władaniu Borodina znajduje się majątek zagraniczny, porównywalny podobno z majątkiem głównego eksportera ropy i gazu ziemnego Gazpromu. Wydział Gospodarczy Kremla jest założycielem wielu spółek finansowych i przedsiębiorstw takich jak Goszagraninwest, Gosinwest, Ruś-Inwest, Federalna Grupa Finansowa SA. W ubiegłym roku głośno było o kremlowskiej spółce Sogłasije (60 filii), która jest strategicznym inwestorem największej w Europie kopalni diamentów w Archangielsku.

W powszechnej opinii kremlowskie imperium finansowe pomogło sprawnie funk-cjonować sztabowi wyborczemu Jelcyna podczas jego kampanii prezydenckiej. Rok przed wyborami, w sierpniu 1995 r., prezydent nadał wydziałowi status organu federalnego i przyznał mu ulgi celne i podatkowe. Sam Borodin nie zachowuje się przy tym jak pies ogrodnika: w kontekście afery Mabetex pisano, że firma ta podarowała córce Jelcyna jacht i daczę pod Moskwą. Kilkakrotnie podejmowane próby odsunięcia Borodina nie powiodły się, co nie dziwi: kwestia sukcesji po administratorze kremlowskich dóbr jest równie kluczowa co sukcesja po Jelcynie. Trzeba też przyznać rację tym publicystom, którzy wielokrotnie na łamach prasy moskiewskiej dowodzili, że dymisja Borodina, który zna wszystkie zawiłości kieszeni i tajniki kont Familii, przed wyborami prezydenckimi nie wchodzi w grę.

Polityka prorodzinna

Kreml (a nie Biały Dom) był głównym centrum grawitacji dla różnorodnych ugrupowań oligarchiczno-finansowych. Prowadzona przez nie walka konkurencyjna w kontrolowanych przez oligarchów mediach jest przedstawiana jako ścieranie się różnych koncepcji modernizacyjnych państwa. Dzięki Familii, podatnej na presję różnorakich lobbies, przedstawiciele finansjery i wielkiego biznesu uświadomili sobie własne ogromne możliwości wpływania na władzę. I na odwrót: ponieważ prezydent osobiście dokonuje obsady kluczowych stanowisk w państwie, to zbliżeni doń politycy w powszechnym odbiorze mają rangę siły sprawczej wszystkich ważniejszych procesów.

Lukratywne koncesje, które rozdzielają politycy kremlowscy, zagrzewały do walki o dostęp do prezydenta, konserwując system. Strefy wpływów i pozycja poszczególnych oligarchów zmieniały się. Proces ten co jakiś czas wymyka się z zacisza gabinetów na łamy prasowe w postaci kolejnych wojen informacyjnych, to znaczy kampanii dyskredytacji poszczególnych polityków i oligarchów kremlowskich.

Funkcjonowanie tego familijnego systemu, zgodnego z patriarchalnymi wyobrażeniami elit na temat roli prezydentury, umożliwia brak tradycji demokracji parlamentarnej w Rosji. Rodzinny system prowadzi do paradoksu: aparat szefa państwa staje się głównym czynnikiem destabilizacji kraju, prowokuje liczne konflikty i kryzysy gabinetowe, a także kryzys samej instytucji prezydentury. Stanowi zarazem istotną barierę uniemożliwiającą modernizację pań...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]