POLITYKA

Poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Polityka - nr 6 (3147) z dnia 2018-02-07; s. 92

Felietony / Passent

Daniel Passent

Dopóki wolno

Kiedy wybuchła wojna, miałem półtora roku. Od pewnego czasu mieszkaliśmy w Stanisławowie, gdzie mój ojciec, Bernard, po studiach we Francji, pracował jako agronom w przedsiębiorstwie zieleni miejskiej, specjalność kwiaty. Matka, Izabela, była pielęgniarką. Niedawno pewna bardzo miła i dobra pani, która pracuje w Muzeum Historii Warszawy i robiła kwerendę przedwojennej prasy lwowskiej, trafiła na wzmianki o moim ojcu, dotyczące jego działalności zawodowej i społecznej. Był to dla mnie piękny prezent i poświadczenie tego, co zawsze wiedziałem z opowiadań, ale dowodów na piśmie nie miałem.

20 września 1939 r. do Stanisławowa wkroczyła Armia Czerwona, a po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, w czerwcu 1941 r., w mieście pojawiły się najpierw oddziały węgierskie. Wkroczyli, a właściwie wjechali na rowerach, w swoich charakterystycznych czakach z pióropuszem. Ukraińcy natomiast wywiesili swoje flagi żółto-niebieskie. Węgrzy przetrwali do sierpnia, kiedy nadeszło gestapo. Gdzieś w tym okresie rodzice zdecydowali się przedostać do ...