POLITYKA

Niedziela, 21 kwietnia 2019

Polityka - nr 37 (2210) z dnia 1999-09-11; s. 38

Świat

Artur Górski

Dowód tożsamości

Zgodnie z oczekiwaniami, w referendum na temat przyszłości Timoru Wschodniego wzięło udział ponad 99 proc. jego mieszkańców. Rezultat referendum też był łatwy do przewidzenia - Timorczycy, którzy swą walkę o niepodległość prowadzą prawie od ćwierćwiecza, opowiedzieli się za oderwaniem od Indonezji.

Wprawdzie rzecznik proindonezyjskiego Zjednoczonego Frontu na rzecz Autonomii Timoru Wschodniego Basilo Araujo nazwał referendum "kupą gnoju", a Dżakarta wyraziła głębokie zaniepokojenie decyzją Timorczyków, większość mieszkańców prowincji powitała ją z entuzjazmem. Niestety - okazało się, że na prawdziwą radość jest za wcześnie. Wyniki referendum nie są bowiem równoznaczne z niepodległością. Nad Timorem zawisła groźba krwawego konfliktu. Władzom indonezyjskim chodzi bowiem nie tylko o sam Timor Wschodni; tę stratę można by przeboleć. Mieszkańcy prowincji zawsze podkreślali swą odrębność od reszty archipelagu. Są przecież katolicką enklawą w największym na świecie społeczeństwie muzułmańskim, bardzo też podkreślają związki ze swym poprzednim protektorem - Portugalią. Jej kulturą, normami obyczajowymi, historią. Ale odłączenie się Timoru Wschodniego może spowodować falę secesji kolejnych regionów-wysp Indonezji, czego władze centralne bardzo się obawiają.

Jeszcze przed ogłoszeniem wyników doszło do pierwszych aktów przemocy - islamscy bojówkarze zamordowali czterech przedstawicieli ONZ, nadzorujących prawidłowy przebieg referendum, w zemście za rzekome faworyzowanie jednej ze stron. Napięcie mię...