POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 26-27

Społeczeństwo

Juliusz Ćwieluch

Druga wojna generała

Dziesięć lat po powrocie z Iraku generał Różański znów poszedł na wojnę. Tym razem z ministrem Macierewiczem.

Relacje pomiędzy Antonim Macierewiczem a generałem Mirosławem Różańskim przez kilka miesięcy były zagadką. Publicznie panowie niemal rozpływali się w uśmiechach i wzajemnych uprzejmościach. Kiedy gasły światła kamer, od obydwu wiało chłodem. Ostatecznie kropkę nad i postawił Różański. W grudniu zeszłego roku spektakularnie podał się do dymisji ze stanowiska dowódcy generalnego. 28 lutego pożegnał się z mundurem.

We wtorek o godz. 10 rano ucałował sztandar batalionu reprezentacyjnego Wojska Polskiego. Wieczorem o godz. 20 był już w programie Moniki Olejnik. Mówił powściągliwie, unikał personalnych wycieczek, nikogo nie obrażał. Ale po skończonym programie trudno było mieć wątpliwości, co jeden z byłych najwyższych dowódców myśli o ministrze, wprowadzanych przez niego zmianach, traktowaniu wojska i budowaniu Obrony Terytorialnej kosztem regularnej armii. – Mirek znów poszedł na wojnę, on to chyba lubi. W Iraku wyglądał na spełnionego – mówi jeden z jego kolegów. A ponieważ Antoni Macierewicz należy do tych osób, które zakładników nie biorą, zapowiada się krwawa krucjata. Po pierwszym starciu wynik to 1:0 dla Różańskiego.

Postrzelony... z armaty

Na zdjęciach z młodości wygląda jak prymus. Szczupły, w okularach, nienagannie umundurowany, poważny. Na tle kolegów odstaje. – Miał fioła na punkcie porządku. Zawsze się kontrolował, ciągle się doskonalił. Jeśli któryś z nas wierzył, że nosi buławę w plecaku, to Mirek chyba najbardziej – wspomina jeden z kolegów z roku. Ostatecznie okazało się, że 55. promocja w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu zaowocowała aż pięcioma generałami. Na takie roczniki mówi się mocna fala albo tsunami. Wiadomo, że jedni będą wspierać drugich i naciskać na starszych oficerów, żeby szybciej zrobili im miejsce na górze. Różański zaszedł z nich najdalej, choć o mało co najszybciej nie pożegnał się z mundurem.

Początek lat 90. zapowiadał się świetnie. Młody kapitan został wyznaczony na studia w Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. W zielonych garnizonach podśmiewali się, że to nasze Rembridż. Ale w głębi serca zazdrościli, bo szkoła była przepustką do lepszego świata, wyższych stopni. W wojsku zaczęły się oszczędności. Różański z wyjazdem do Warszawy musiał poczekać rok, bo obcięto liczbę miejsc na roku. Rozpoczęte w 1992 r. studia o mało nie zaprzepaściły jego kariery. W czasie wyjazdu na poligon młodzi oficerowie poszli się bawić na miasto. Wszyscy, poza Różańskim, w mundurach. On w prochowcu, bo regulamin zabraniał picia w mundurze. Zrobiło się trochę za wesoło. Ktoś kogoś zaczepił, ktoś komuś odpowiedział. Skończyło się regularną burdą. – Mirek pokazał, że jest dobry nie tylko w czytaniu. Ale że nie miał munduru, to policja zgarnęła go na komendę – opowiada jeden z oficerów. – Gdyby nie to, że miał świetną opinię, z pewnością wyleciałby ze studiów. Dali mu szansę i, jak widać, nie zmarnował jej. Nie zmarnował również szansy, żeby wyciągnąć wnioski. – Nie pamiętam, żebym po tamtej historii widział go z kieliszkiem. Wiem, ale tylko z opowieści, że lubi czasem odrobinę dobrej whisky – wspomina jeden z kolegów, który służył z nim przez kilka lat.

Jednak to nie zbyt huczna impreza o mało nie przekreśliła jego kariery. Tym bardziej że w tamtych czasach w wojsku piło się dosyć powszechnie i niemal wyczynowo. Kapitana Różańskiego z wojska omal nie wymiotła kula armatnia. A konkretnie pocisk ćwiczebny do bojowego wozu piechoty (BWP). W 1994 r. wojsko miało jeszcze na tyle sprzętu i ambicji, żeby szkolić się dużymi formacjami. Dyscyplina już jednak była nie ta i ktoś przeoczył, że w komorze jednego z BWP nadal tkwi niewystrzelony pocisk kalibru 70 mm. Ćwiczebny od bojowego różnił się właściwie tylko tym, że wykonany był z ebonitu wypełnionego płynem borygo. Pod wpływem ładunku prochowego rozrywał się na drobne kawałeczki. Kiedy Różański kontrolował poszczególne wozy, ktoś nacisnął spust. Młody kapitan stał kilka metrów od BWP. – Byliśmy pewni, że już po nim. Mocno krwawił. Lewa część twarzy to było żywe mięso – wspomina jeden z jego kolegów. Leczenie trwało 18 miesięcy. Różańskiemu proponowano odejście z wojska na dobrych warunkach. Prawnicy sugerowali pozwanie armii do sądu. Nie zgodził się ani na jedno, ani na drugie. Niedługo po powrocie został awansowany na majora. Złośliwi komentowali, że stopień dostał z litości. Pewnie dlatego Różański nie lubi tej historii. Unika opowiadania o niej. – Raz tylko na jednej z odpraw w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]