POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 12-14

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

Duda wrócił!

Prezydent Andrzej Duda nie zdołał stanąć ponad polskimi podziałami. PiS zrobi teraz wszystko, aby z powrotem wtłoczyć go w pakiet „dobrej zmiany”.

Te ustawy muszą zostać naprawione tak, aby były do przyjęcia dla wszystkich – również dla tych, którzy nie będą nimi zachwyceni” – mówił w lipcu Andrzej Duda, zapowiadając własne projekty reformy sądownictwa w miejsce zawetowanych. Obietnicy nie spełnił.

I nie mogło być inaczej. Koncepcja prezydenta ogranicza się do tego, aby skuć sędziów aksamitnymi kajdankami i bez przesadnego upokarzania doprowadzić ich przed oblicze Jarosława Kaczyńskiego. Lecz dla prezesa, który bez upokorzenia wroga najwyraźniej nie potrafi zaznać smaku zwycięstwa, to za mało. Z kolei dla opozycji – stanowczo zbyt wiele. Głośna przez chwilę teza Bartłomieja Sienkiewicza „Tylko Duda może uratować demokrację” okazała się zatem fałszywa. Prezydent nie zamierza ratować demokracji. Domagając się skrócenia gwarantowanych konstytucją kadencji członków KRS, nie pierwszy już raz wtrąca za to swoje trzy grosze do jej niszczenia.

Jego projekty to nic więcej jak złożona Kaczyńskiemu oferta powołania oligopolu do kontroli sądownictwa. Obaj mieliby zachowywać samodzielność, choć wspólnota celu tkałaby pomiędzy nimi sieć zależności. Jeden musiałby obserwować ruchy drugiego, aby układ zachował sterowność i gwarantował utrzymanie monopolu. Głównym rozgrywającym w KRS byłby Kaczyński, za to Duda zyskałby wpływ na skład Sądu Najwyższego. Aby uwiarygodnić nadszarpnięte wetami więzy lojalnościowe z obozem „dobrej zmiany”, prezydent dorzucił zarzucony przez PiS pomysł ludowej rewizji wyroków. Uzależniając jej bieg, a jakże, od czynników politycznych.

Wygląda jednak na to, że Kaczyńskiego nie interesują oligopole. Ani żadne inne formy spółek, nawet jeśli to on dysponowałby złotą akcją. Prezesa urządza wyłącznie pełen pakiet. Choć niewykluczone, że racjonalna kalkulacja polityczna jeszcze zmodyfikuje jego stanowisko.

Wszystko będzie zależeć od tego, o co w istocie w tym konflikcie chodzi. Jeśli o sądy, to PiS może jeszcze ustąpić. Rozwiązania leżące dziś na stole dają partii rządzącej minimum 13 miejsc w 25-osobowej KRS (w puli sejmowej: 8 na 15). Zakładając, że uda się wyłuskać z korporacji sędziowskiej posłusznych funkcjonariuszy (co nie jest wcale oczywiste), na razie to wystarczy do nałożenia partyjnej banderoli na mechanizm sterujący napływem nowych sędziów do zawodu. Wystarczy jednak, że choć jeden nominat PiS odwinie się patronom (w Trybunale Konstytucyjnym miał miejsce taki przypadek), a zaczną się problemy. Z drugiej strony, nie ulega przecież wątpliwości, że rozwiązań korzystniejszych dla PiS w tej kadencji już nie należy się spodziewać.

O cóż jednak, jeśli nie o sądy, tu w istocie chodzi? Negocjowanie kompromisu będzie kosztować. Z incydentu stanie się normą. Każdy kolejny pisowski szturm na instytucje napotka teraz na swej drodze ogarniętego wątpliwościami Dudę. Nie dlatego, że – jak stwierdził w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” – jest politykiem z natury umiarkowanym. Taka będzie logika ich koegzystencji. Skupiony na wyborach parlamentarnych Kaczyński przede wszystkim musi mobilizować twardy elektorat. Zaś Duda – potrzebujący 51 proc. w prezydenckiej elekcji – zmuszony będzie rozwadniać rewolucję, aby przyciągać mniej przekonanych. Obaj przy tym wiedzą, że nie mogą frontalnie zetrzeć się na ubitej ziemi. Prezydentowi taki układ odpowiada. Ale dla prezesa jest dopustem bożym, z którego będzie chciał się wywikłać.

Cieniem na ich stosunkach kładą się dodatkowo osobiste urazy Kaczyńskiego. Cennego materiału psychologicznego w tej materii dostarczył artykuł Jacka Karnowskiego w „Sieciach Prawdy”, zapowiadający odmowę poparcia PiS dla prezydenckich projektów. Cytując anonimowych polityków z otoczenia prezesa (czy raczej jego samego), autor zrekonstruował proces narastającej podejrzliwości wobec Dudy. Od niewinnych początków, gdy Agata Duda w kampanii prezydenckiej ośmieliła się żartobliwie (wedle interpretacji Kaczyńskiego-Karnowskiego: impertynencko) oświadczyć prezesowi: „Ja się pana nie boję”. Następnie, zanim zaprzysiężony już prezydent powołał na stanowisko prezesa NBP narzuconego mu przez PiS Adama Glapińskiego, na krótką chwilę zdołał zmącić dobrostan Kaczyńskiego niestosowną uwagą: „To ja się nad tym zastanowię”. Kolejne incydenty coraz bardziej zamykały prezesa w pułapce podejrzeń (nie zaszkodzi poprzedzić lekturę artykułu seansem „Wstrętu” Polańskiego), aż doszło do lipcowej kulminacji.

Czemu służył ten artykuł, gatunkowo pokrewny oracji o „mordach zdradzieckich”? Ludwik Dorn uważa, że Kaczyński zrealizował swe psychiczne potrzeby. Wylał z siebie to, co w rozmowie w cztery oczy nie przeszłoby mu przez gardło. Być może więc prezydenckie ustawy zostaną zakopane w parlamencie, a sama „reforma” zarzucona. Byłoby to wstępem do wielofrontowej operacji osaczania Dudy. Dziś jedynym narzędziem presji ze strony PiS jest groźba odebrania poparcia na drugą kadencję. Jeśli jednak popularny prezydent zdoła stworzyć własne kręgi wsparcia, może dojrzeć do przecięcia pępowiny. W interesie partii rządzącej będzie więc to, aby owe krę...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]