POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 43 (2728) z dnia 2009-10-24; s. 62-63

Historia / 20 lat bez muru

Małgorzata Krogulec

Dwie Europy

20 lat temu runął mur, który dzielił Berlin fizycznie i Europę symbolicznie. Jednak podział Europy na wschód i zachód dokonał się parę stuleci temu.

Autorzy oświeceniowi upowszechnili modę na pisanie o krajach i ludach w kategoriach postępu lub zacofania. Hrabia Louis Philippe de Segur, ambasador francuski w Petersburgu, podczas swojej podróży do Rosji, którą opisał w dziennikach z 1785 r., zauważył, że „Berlin to ostatni prawdziwie europejski dwór”, a Polska jest krajem „półcywilizowanym, podróż przez nią to jak cofanie się o dziesięć stuleci”.

Podobne akcenty pobrzmiewały i wcześniej. W 1716 r. angielska arystokratka, lady Mary Wortley Montagu, wyjechała wraz z mężem do Konstantynopola – pełnić on miał tam urząd ambasadora angielskiego. Państwo Wortley postanowili jechać przez Niemcy, Austrię, Węgry i Bałkany. Lady Mary opisywała wrażenia z podróży w serii listów do rodziny i przyjaciół, które opublikowano w 1837 r. Tak widziała np. ziemie czeskie: „Królestwo Bohemii jest bardziej opuszczone niż jakiekolwiek widziane przeze mnie tereny niemieckie; wsie są tak biedne, a domy dla podróżnych tak nędzne, nie wszędzie mają czystą słomę i wodę”. Praga wydawała się lady Mary niegdyś wspaniałym, lecz podupadłym miastem cesarskim: „Zabudowania są w większości stare i niezamieszkane, co sprawia, że domy są bardzo tanie, więc ludzie, którzy nie mogą pozwolić sobie na mieszkanie w Wiedniu, wybierają Pragę”.

Gdy lady Mary miała opuścić Wiedeń i przez Węgry wjeżdżać w głąb Bałkanów, wiedeńskie towarzystwo desperacko próbowało odwieść ją od tego zamiaru: „Znajome panie są dla mnie tak dobre, że płaczą zawsze, gdy mnie widzą, gdyż zdecydowana jestem odbyć tę podróż”. Listy, pisane tuż przed wyjazdem z Wiednia, są właściwie listami pożegnalnymi – najwyraźniej lady Mary sądziła, że może z tej eskapady nie wrócić, a na pewno nie spotka nigdzie sprawnie działającej poczty. Czarne przepowiednie nie sprawdziły się: po dwóch tygodniach była już w Nowym Sadzie, gdzie „ledwo powstrzymywała śmiech na wspomnienie wszystkich straszliwych opowieści”.

Mit istniał i po drugiej stronie granicy. W przypadku Europejczyków, którym przyklejano etykietkę „Wschód”, istniały dwie strategie konfrontacji z tym mitem. Można było uznać wyższość Zachodu i krytykować zacofanie i niedociągnięcia we własnym kraju, bądź dementować pogłoski o Zachodzie jako krainie mlekiem i miodem płynącej i poprzez kontrast budować własne poczucie wartości.

Miejsce, jakie Polacy wyznaczali sobie w tej Europie, nie różniło się zbytnio od tego, jakie chcieli im wyznaczyć Anglicy czy Francuzi. Wileński bernardyn, Juwenalis Charkiewicz, odbył w 1768 r. podróż do Walencji w Hiszpanii i spisał dziennik z tej podróży. Podobnie jak angielska arystokratka, natychmiast zwrócił uwagę na różnice pomiędzy miastami polskimi a niemieckimi. Już Kraków był „dobrze opatrzony, na podobieństwo miast cudzoziemskich, nie tak jak po innych naszych miastach rozwaliny widzieć się dają”. Wygląd niemieckiego miasteczka na Śląsku, które nazywał Billicz, jeszcze bardziej odbiega od polskich standardów: „W cesarskim mieście są już mury użyteczniejsze, i wał murowany, ludność i handle większe”. Niemieckie drogi i obyczaje drogowe również wypadały korzystniej w porównaniu z polskimi: „poczcie wszyscy muszą z drogi ustępować (...). Zdziwiłem się porządkowi dobremu, iż nie jak to u nas, kto mocniejszy ten tego na drodze bije, i ustępować, acz z ciężarem, każe, nawet i poczcie nie przebaczając”.

Byli i tacy, co przyjęli przeciwną postawę. Denis Fonwizin, rosyjski dramaturg z czasów Katarzyny II, w swoich listach z podróży do Francji i Włoch, którą odbył z żoną w latach 1777–1778, pisze o zachodniej Europie – upadłej moralnie, pełnej brudu i smrodu. Według niego, przekraczając niemiecką granicę, „po smrodzie poznać można, że jest się we Francji”. Francuzi mieli zajmować się jedynie teatrem i rozrywkami, nie czując potrzeby doskonalenia duchowego i umysłowego. Ich domy były źle utrzymane, a życie poniżej poziomu, który rosyjscy magnaci uważali za godny arystokraty. Francuzi, a Włosi jeszcze bardziej, mieli być rozpustni, wyzuci z honoru i mordować się nawzajem z upodobaniem.

Zatem Polacy raczej z pokorą przyznawali się do swojej podrzędnej roli i wyrażali chęć reform, aby stać się jak Europa Zachodnia. Rosjanie natomiast próbowali budować swoją tożsamość na odrzucaniu wartości, które uważali za fundamentalne dla Europy Zachodniej.

Za jednego z popularyzatorów przekonania, że Wschód jest inny, można uznać Monteskiusza; on znalazł polityczne uzasadnienie tego podziału. W 1748 r. ukazało się „O duchu praw”, w którym mowa była m.in. o naturalnych predyspozycjach terytoriów do systemów władzy. Monteskiusz uznał, że umiarkowany klimat Francji, Szwajcarii czy północnych Włoch sprzyja rozwojowi republik – umiarkowanie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]