POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 17 (2347) z dnia 2002-04-27; s. 100-104

Na własne oczy

Marcin Meller

Dzieci z żelaza

Nauczyciele lękają się, że swym dzieciństwem bez dzieciństwa ci mali dorośli zarażą innych. Rówieśnicy wołają: złomiarze, brudasy!; jakby chcieli zagłuszyć swoje upokorzenie biedą – upokarzając innych. Ci przezywani czasem pięścią odpowiedzą na słowo, czasem prychną pogardliwie na łatwą pogardę. Może skończą pod sklepem. Może w krwawym napadzie. Może w wymarzonym warsztacie stolarskim. A może, co najwspanialsze, założą punkt skupu złomu.

Adam ma 16 lat (wygląda góra na 12) i dłonie spracowane ponad wiek. Sympatyczna śniada twarz, inteligentne spojrzenie, sponiewierana kurtka, brud za paznokciami i rozpadające się adidasy owinięte taśmą samoprzylepną. Gdy stara się składnie mówić, denerwuje się, zacina. Jego przyjaciele, blond bracia, 14-letni Adam (wyłamane pół przedniego zęba) i 11-letni Andrzej zgrywają małych twardzieli. Wszyscy mają po kilkoro rodzeństwa, wychowywanego przez bezrobotne matki. Wszyscy tęsknie wpatrują się w zapalanego papierosa. Krzywią się w zdumieniu, gdy dopalony ledwie do połowy gnieciony jest na kamieniu.

Co jest piękne

Dzisiaj znaleźli tyle co nic; podziurawiony kosz na śmieci w podmiejskim kanałku. Nawet nie wiadomo, czy w punkcie za niego zapłacą. Wyskakują z domów przed szkołą. Latają po miasteczku, zapuszczą się na wieś w poszukiwaniu żelastwa. Jest tego coraz mniej. Tych kolorowych, drogich metali już prawie nie uświadczysz. Jeszcze nie tak dawno łatwo było je znaleźć na podmiejskich łąkach i w zdewastowanych ogródkach działkowych. Przeróżne druty, puszki, kable, płyty aluminiowe. Inna sprawa, że jak gospodarz nie ...