POLITYKA

Niedziela, 26 maja 2019

Polityka - nr 24 (2197) z dnia 1999-06-12; s. 34-36

Świat

Marcin Meller

Dziękujemy ci, Slobo

Cóż za gratka dla miłośników paradoksów. Wygląda na to, że Albania najwięcej zyska na dziesięcioletnim bałkańskim konflikcie. Wygra nieuleczalnie chory człowiek Europy, państwo istniejące tylko z nazwy, dzikie pola rządzone przez rozmaite mafie i gangi, raj przemytników i wszelakiej maści podejrzanych indywiduów, w dodatku ostatnio dotknięty katastrofą największej, po II wojnie na kontynencie, fali uchodźców.

Albańczycy już to wiedzą. Florian, 40-letni pracownik uniwersytecki, uśmiecha się lekko, pełen wewnętrznego spokoju: - Za parę lat będzie tu lepiej niż w Grecji. Czyżby? Przecież to samo Albańczycy mówili wkrótce po upadku stalinowskiego komunizmu na samym początku lat 90. Przestawały pracować kolejne fabryki, ulice wypełniały się górami przez nikogo nie wywożonych śmieci, w końcu w kraju nie funkcjonowało nic oprócz finansowych piramid i tysięcy knajpek, w których przepijano zarobki gastarbeiterów z Niemiec, Włoch i Grecji, a Albańczycy twardo stali przy swoim, że za chwilę będzie tu Ameryka. W piramidach prały na potęgę pieniądze rozmaite mafie i gangi i optymiści liczyli, że zanim wypiorą, co chcą - wzbogaci się i kraj.

Piramidy jednak padły szybciej - wiosną 1997 r. - niż się ktokolwiek spodziewał, a wraz z nimi antykomunistyczny (w retoryce) rząd Saliego Berishy i wreszcie samo państwo. Kraj wzięły w ajencję gangi. Portowe miasto Vlora, skąd wyszedł ...