POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 38 (3128) z dnia 2017-09-20; s. 32-33

Społeczeństwo

Jan Rojewski

Dzielenie i odejmowanie

Można odnieść wrażenie, że ministerstwo i rodzice niepełnosprawnych dzieci żyją w dwóch różnych rzeczywistościach. Tracą na tym dzieci.

Syn Agnieszki, Kuba, ma zespół Aspergera. Jest inteligentny, interesuje się marynistyką, jednak zmaga się z szeregiem problemów, w tym z nieumiejętnością rozumienia emocji innych ludzi. Dla systemu edukacji od początku był nie tyle uczniem, co kłopotem. Z warszawską podstawówką udało się cudem. Agnieszka wspólnie z panią dyrektor przecierały nowe szlaki. Z pierwszego gimnazjum, do którego chciała posłać syna, zrezygnowała po rozmowie z nauczycielami, którzy straszyli ją problemami z integracją, podkreślali, że w ich szkole pracuje się w grupie. Zrozumiała, że zamiast walczyć z dysfunkcjami Kuby, toczyłaby bój z jego szkołą. W końcu udało się znaleźć gimnazjum integracyjne, w którym przez rok chłopiec przez część tygodnia chodził na zajęcia z klasą, z rówieśnikami, przez część tygodnia uczył się z nauczycielem. To był strzał w dziesiątkę.

Po wyborach, gdy PiS ogłosił likwidację gimnazjów, Agnieszka z przerażeniem myślała, co będzie. Na szczęście dla Kuby okazało się, że wygaszanie jego szkoły trochę potrwa. Aż w kwietniu 2017 r. usłyszała, że łączenie lekcji z klasą z indywidualnym zajęciami z nauczycielem nie będzie już możliwe, bo weszło nowe rozporządzenie ministra edukacji o „indywidualnym nauczaniu dzieci i młodzieży”. Dla Kuby zajęcia z klasą są ważne. To lekcje życia wśród ludzi, których z trudem uczy się rozumieć. Jednak jeśli kontakt z klasą trwał za długo, ponad wytrzymałość Kuby, chłopiec robił się kłopotliwy. Od września siedzi w klasie na pełen etat.

Ciągnięcie do przodu

Możliwość łączenia lekcji z klasą z zajęciami z nauczycielem dla Kuby skończyła się szybciej niż dla innych dzieci. Na spotkaniu podczas komisji w poradni psychologiczno-pedagogicznej, wydającej decyzje o indywidualnym nauczaniu, zasugerowano Agnieszce, że zmieniły się priorytety Ministerstwa Edukacji. Co gorsza, komisja ta miała się zebrać 28 sierpnia, a zebrała się kilka dni później, nie wiadomo dlaczego. Tymczasem 1 września weszły w życie nowe przepisy. Dzieci, którym wydano orzeczenia przed tą datą, mogą kontynuować naukę na zasadach sprzed rozporządzenia. Do nowych orzeczeń stosuje się już nowe przepisy. Kuba zwyczajnie się nie załapał.

Wyrozumiałość dyrektora wygaszanego gimnazjum tym razem nie wystarczyła. Już wiadomo, że mogą być z tego kłopoty. Za jakiś czas chłopiec być może będzie musiał w ogóle zrezygnować z zajęć w klasie. Będzie uczył się sam, w domu. Nauczyciel będzie przychodził może trzy razy w tygodniu. Resztę czasu dzieciak przesiedzi – na przykład przed telewizorem. W szkole będzie pojawiać się na akademiach. Koledzy z klasy jeszcze będą go pamiętać. To i tak coś. Uczniowie z kolejnych roczników za sprawą rozporządzenia będą stawać do akademii w sali pełnej obcych dzieci.

Według szacunków GUS dzieci wymagających specjalnego podejścia jest około 20 proc. To kilkaset tysięcy dzieci. Do tej grupy zalicza się zarówno dzieci z zaburzeniami rozwojowymi (takimi jak autyzm), jak i dzieci ze specyficznymi trudnościami w nauce (np. z dysleksją), dzieci niepełnosprawne, przewlekle chore, na przykład na nowotwory. Jest to więc grupa zróżnicowana i niejednorodna.

Problemy takich dzieci z systemem edukacji nie zaczęły się wraz z kadencją minister Zalewskiej. Fora internetowe od lat roją się od przykładów niedopatrzeń i indolencji. Rodzice skarżą się na przykład na uznaniowe decyzje komisji oceniających stan dzieci. Zdarza się, że urzędnicy biorą pod uwagę jedno schorzenie (np. karłowatość przysadki), ignorując związane z chorobą powikłania itd. Jednak przynajmniej w kwestii stwarzania warunków do nauki kierunek wydawał się dobry. Na mocy tzw. Salamanca Statement, dokumentu opracowanego przez UNESCO w 1994 r., rządy prawie stu państw na całym świecie zobowiązały się do wdrażania u siebie edukacji włączającej, od września 2011 r. jest wśród nich także Polska. Owa edukacja włączająca to właśnie szukanie elastycznych rozwiązań.

Oczywiście dziecko z deficytami być może nie zrealizuje niektórych założeń programu, będzie mieć problemy z tempem przewidzianym dla „średniego ucznia”, jednak na świecie uznano, że rachunek wychodzi na plus. Jak bardzo na plus, widać w niewielkim Dzierżążnie na Kaszubach. Inny Kuba, 9-letni, ma poważne kłopoty z kontrolowaniem agresji. Jednak dzięki swojej pani i łączonemu systemowi zintegrował się z klasą. Równolatki szybko zorientowały się, jak postępować z Kubą, żeby nie wpadał w złość i nie rzucał przedmiotami. Z czasem dało się zauważyć, że dzieciaki troszczą się o kolegę. Ostatnio na wuefie, gdy Kuba zrobił coś dla siebie dotychczas trudnego, klasa bił...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]