POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 32-34

Społeczeństwo

Katarzyna Czarnecka

Dzielni, podzieleni

Rozmowa z prof. Jackiem Leociakiem, o ukrytych w cieniu powstania warszawskiego 65 dniach śmierci w likwidowanym getcie oraz o podziałach w wojennej Warszawie i ich wciąż aktualnym znaczeniu.

Katarzyna Czarnecka: – Lato w Warszawie kojarzy się historycznie z jednym: powstaniem 1944. A była jeszcze akcja nazwana przez Niemców eufemistycznie przesiedleńczą, podczas której wywieziono do obozów śmierci 300 tys. ludzi. Trwała mniej więcej tyle samo: 65 dni, od 22 lipca do 21 września 1942 r.
Jacek Leociak: – I chyba tylko to te dwa wydarzenia łączy. Powstanie warszawskie było częścią akcji Burza, polegającej na tym, że Polskie Państwo Podziemne i jego zbrojne ramię AK miało samo wyzwalać kolejne terytoria i przedstawiać się Sowietom w roli gospodarza. Pomysł trochę absurdalny, jeśli zważyć na ówczesną sytuację geopolityczną i militarną, trudno mi sobie wyobrazić, na co liczyli ówcześni przywódcy, ale jednak był to zaplanowany przez Polaków zryw zbrojny oparty na jakiejś strategii. I cokolwiek mówić o jego księżycowych założeniach politycznych, powstanie wiązało się z nadzieją na zwycięstwo. Akcja likwidacyjna była częścią Aktion Reinhardt, czyli planu zagłady Żydów Generalnego Gubernatorstwa. Rozpoczęła się wtedy, kiedy Niemcy chcieli, a Żydzi byli wobec niej kompletnie bezbronni, starali się po prostu ratować życie.

I szli „jak owce na rzeź”?
Łatwo wciąż powtarzać to zdanie. Trudniej się zastanowić, jak interpretować tę „zgodę”? Jak oceniać zachowania Żydów, ich strategie? To jest bardzo złożone i wielowątkowe.

Także pod tym względem, że w polskim rozumieniu walka to aktywny sprzeciw i zwycięstwo lub – co dotyczy większości powstań – coś, co się teraz określa mianem moralnego zwycięstwa.
Dlatego ze strony insurekcyjno-heroicznego modelu tożsamości narodowej płynie zarzut „Żydzi byli bierni”, co jest czysto antysemickim fantazmatem. Jeśli pod postawą bierną rozumiemy nieprzedsiębranie żadnych działań, to w przypadku mieszkańców getta w 1942 r. jest wprost przeciwnie. Samo ogłoszenie rozpoczęcia akcji likwidacyjnej wywołało natychmiastową reakcję. Proszę się przyjrzeć temu obwieszczeniu. Punkt 1. brzmi: „Na rozkaz Władz Niemieckich będą przesiedleni na Wschód wszyscy Żydzi zamieszkali w Warszawie bez względu na wiek i płeć”. Ale punkt 2. mówi: „Wyłączeni od przesiedlenia są:” i tu następuje 8 kategorii – zatrudnieni w przedsiębiorstwach niemieckich, pracownicy Judenratu, policjanci żydowscy, lekarze, pracownicy szpitali i członkowie ich rodzin. A więc wszyscy, ale jednak nie wszyscy.

To paradoks. Jaki był jego cel?
Wyodrębnienie grup uprzywilejowanych. Kiedy wszyscy stoją wobec jednego losu, mogą się zjednoczyć, bo mają wspólny cel. Jeżeli jednak są osoby, które z tego losu są wyłączone, dochodzi do destrukcji wspólnoty. Niemcom chodziło o rozbicie solidarności społecznej mieszkańców getta i osłabienie oporu. I to im się znakomicie udało. Uprzywilejowani myśleli: nas to nie dotyczy. Pozostali robili wszystko, żeby się znaleźć w grupach wybrańców: próbowali zapisywać się do szopów, wyjść za mąż za policjanta. Wszyscy chcieli się ratować, ale na własną rękę, nie razem. Rywalizowali ze sobą, obracali się przeciwko sobie.

I wytracali energię na niecelowe działania?
Tak. Na pozorne budowanie zabezpieczeń, co było jasne dla Niemców i jest dla nas, dziś. Dla nich stało się to iluzoryczne dopiero po jakimś czasie, na początku wydawało się całkowicie uzasadnione. Bo jaka była świadomości tych ludzi? Co oni mogli wiedzieć? Że coś się dzieje w Generalnym Gubernatorstwie i w miasteczkach na wschodzie, bo do getta dochodziła korespondencja. Był 1942 r., mieszkańcy getta przeżyli wiele – restrykcje, przemoc, głód, choroby – ale jest niemal pewne, że 22 lipca, kiedy rozpoczęła się akcja likwidacyjna, nie wiedzieli, co się za chwilę z nimi stanie. A raczej nie chcieli wiedzieć, bo włączyły się w nich mechanizmy typowe dla ludzi w sytuacji skrajnej: wyparcie i racjonalizacja. To się może zdarzyć w Kałuszynie, w Działoszycach, ale nie w stolicy. Mogą wywieźć 3 tys. Żydów z małego miasteczka, ale nie 450 tys. z Warszawy. To jest niemożliwe technicznie, a poza tym tu są warsztaty, produkujemy dla Wehrmachtu.

To jest uniwersalne: każdy człowiek ma świadomość, że jest śmiertelny, ale na co dzień ją zawiesza, bo nie mógłby funkcjonować. Karmi się nadzieją, że najgorsze się nie zdarzy. A ludzie w getcie jeszcze próbowali wierzyć Niemcom, łapali się na ich przynętę. Że można wziąć bagaż i kosztowności. Że ci, co się zgłaszają na Umschlagplatz dobrowolnie, dostają jedzenie. No, trudno było przypuszczać w tej mizerii getta, że Niemcy będą marnować chleb i marmoladę dla kogoś, kto za chwilę ma być zagazowany. Poza tym Żydzi pracowali przecież w obozach pracy. Było tam strasznie, ale tam żyli i nawet niekiedy z nich wracali. Zatem ludzie w getcie byli aktywni – starali się ratować tak, jak ten ratunek pojmowali. Dopóki nie przyszli nawet po tych, których teoretycznie wysiedlenie nie dotyczyło. Dopóki nie wyciągnię...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Prof. Jacek Leociak jest kierownikiem Zespołu Badań nad Literaturą Zagłady Instytutu Badań Literackich PAN, pracownikiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.