POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 34 (2207) z dnia 1999-08-21; s. 28-29

Kraj

Elżbieta Oriawska

Dżusmen szczeka cztery razy

"Do młodego zespołu w agencji reklamowej, bez doświadczenia, na różne stanowiska od zaraz. Zapewniamy luźną atmosferę w działaniu, wysokie zarobki, szkolenie". Dalej były numery telefonów oraz informacja: czas pracy od 7.30 do 18.00. Co mi szkodzi spróbować - pomyślałam.

W sekretariacie kłębiło się 15 osób. Sekretarka dała nam formularz życiorysu do wypełnienia. Za zamkniętymi drzwiami kilkanaście osób coś chórem krzyczało. Co jakiś czas z pokoju wychodził młody mężczyzna w garniturze i prosił po trzy osoby do gabinetu. Ja weszłam z młodziutką dziewczyną, jak się okazało tuż po maturze. Pan się przedstawił, wskazał nam krzesła. Opowiedział co nieco o firmie: prężnie rozwijająca się, reklamuje różne instytucje, ale nie towary. Jest tak skuteczna, że instytucje, które chcą być promowane, ustawiają się do nich w kolejce.

Po krótkiej rozmowie umówił nas na "dzień otwarty", żebyśmy zobaczyły na czym polega ta praca w praktyce. "Proszę wziąć jakiś notes, bo będzie dużo pisania i ładnie się ubrać". Oprócz kostiumu oznaczało to konieczność założenia butów na wysokich obcasach. Dopiero potem okazało się, że ta praca to w dużej mierze chodzenie. W ciągu dnia robi się kilka, jeśli nie kilkanaście kilometrów.

W "dniu otwartym" miły i elegancki pan menedżer poprosił mnie i jeszcze jednego kandydata do siebie. Przeszedł z nami na "ty", "bo u nas w firmie tak jest". Potem przedstawił nam Kasię, która miała nam wytłumaczyć, o co tu chodzi.

Dlaczego tu wszystko takie tajemnicze, zastanawiałam się, dlaczego nie powiedziano wszystkiego wprost na początku? Czy już się trzeba bać? Kasia zaprowadziła nas na przystanek autobusowy. Okazało się, że jedziemy do Wieliczki. W autobusie zadawała nam pytania (ciągle jeszcze trwała rozmowa kwalifikacyjna), jakie znamy formy reklamy, czy mamy poczucie humoru, jak reagujemy gdy... Okazało się, że nasza praca będzie polegała na chodzeniu od domu do domu, od drzwi do drzwi i odpłatnym oferowaniu kart rabatowych (upoważniających do różnych zniżek). Nawet jeśli ktoś nie kupi karty, to usłyszą o danej instytucji, jest to więc również reklama.

Piramida

Ci, którzy chodzą po domach, to dealerzy. Dealerów szkolą trenerzy. Oni wciąż jeszcze chodzą do domów klientów, ale ich pensja jest już wyższa. Dopiero awans z trenera na asystenta zwalnia od chodzenia "w teren". Wtedy też ma się już stałą pensję. Jak mówiła nam Kasia to 1600 zł tygodniowo. Z asystenta awansuje się na menedżera, który zarabia minimum 5000 zł tygodniowo. Ze stanowiska dealera, jeśli się jest dobrym, można się stać w ciągu roku menedżerem. Kasia twierdziła, że zarobek dealera wynosi od 200-300 zł tygodniowo. Ale jego pensja to tylko procent od sprzedanych przez siebie kart, dopiero po awansie na trenera ma się też procent od kart sprzedanych przez wyszkolonych przez siebie dealerów.

Aby stać się trenerem, asystentem czy w końcu menedżerem, trzeba być dobrym. Co to oznacza w tym biznesie? Czy chodzi o to, żeby sprzedawać jak najwięcej kart? Nie tylko. Do pracy przyjmowani są różni ludzie: osiemnastoletnie dziewczyny po szkole krawieckiej, osoby po maturze, dwudziestoośmioletni panowie, którzy skończyli technikum; są też świeżo upieczeni absolwenci wyższych uczelni. Szansę na awans mają tylko ci, którzy najszybciej zorientują się w mechanizmach firmy, zaakceptują je i będą wdrażać nowo przyjętych, żeby i ich ta machina połknęła.

Żeby pracować efektywnie, musisz nie tylko nauczyć się prezentować kartę rabatową tak, żeby oczarować nią klienta. Musisz także dobrze czuć się w firmie, bo przecież w niej spędzasz cały swój czas. Tego typu zespoły bardzo dbają o integrację pracowników. Po to są poranne i wieczorne mityngi. Poranny odbywa się w specjalnej sali zwanej mityngówką. Tam wszyscy razem śpiewają i robią coś w rodzaju porannej gimnastyki. Potem jest szkolenie - jedna osoba tłumaczy na przykład, dlaczego trzeba się uśmiechać do klienta lub po co jest potrzebny entuzjazm w pracy. Następnie robi się "atmosferę". To te hałasy, które słyszałam, kiedy przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Wszyscy pracownicy, łącznie z menedżerem, śpiewają na całe gardło piosenki, przy których trzeba wykonywać specjalne gesty, tańcząc i skacząc. Ruchów, gestów i słów piosenek trzeba się nauczyć od innych w trakcie "atmosfery". Używa się też własnego, specyficznego języka. Słowem - wytrychem jest angielskie juice - sok, czyli to, co można najlepszego wyciągnąć z owocu (tutaj z człowieka). Namawianie klienta do kupna karty to dżusowanie. Dżusować można nie tylko w domach, ale i na ulicy. Masz dżusa? Mam dwa. (Czyli sprzedałem dwie karty). No to niezły z ciebie dżusmen. Wszystkie te słowa, specyficzne powitanie i pożegnanie (przyjacielskie "przybicie piątki" z okrzykiem: dżus!) wyróżnia grupę od innych ludzi, a jej członkowie czują, że tworzą coś w rodzaju rodziny. Rozumiemy się między sobą, bo mamy własny kod, jesteśmy zżyci, bo różnimy się od reszty.

Motywacja

Jeśli masz dobre wyniki, nie zostanie to przemilczane. Wprowadzono specjalny system dzwonków. Jeśli sprzedasz 12 lub więcej kart, masz mały dzwonek, jeśli 18 lub ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]