POLITYKA

Wtorek, 22 maja 2018

Polityka - nr 14 (2750) z dnia 2010-04-03; s. 28-31

Kraj

Jacek Żakowski

Eksperymenty na demokracji

Czy w Polsce jest demokracja? Chyba tak. Ale czy mamy poczucie, że wpływamy na decyzje polityków?

A w Ameryce jest demokracja? Chyba też. A w Niemczech, Danii, Francji, Brazylii? Chyba jest. Dlaczego chyba? Bo jeśli demokracja oznacza rządy ludu (czyli ogółu) i dla ludu, to trudno dziś znaleźć na świecie takie miejsce, gdzie ona realnie działa.

Dwadzieścia lat temu zaczęliśmy w Polsce budować demokrację. I prędko przestaliśmy. Na początku szło nam szybko i do przodu. Częściowo wolne wybory kontraktowe. Pierwsze wolne wybory samorządowe. Pierwsze wybory prezydenckie. Pierwsze całkiem wolne wybory parlamentarne. Co kilka miesięcy nasza demokracja rozszerzała się i pogłębiała. Ale to jeszcze była młoda demokracja. Początkująca. Krucha. W pierwszych latach wciąż nam towarzyszył niepokój, jak długo przetrwa.

Elita, która czuła się za ten proces odpowiedzialna, wiedziała, że demokracja wymaga infrastruktury. Sądy szybko dostały więc niezawisłość, prasa – wolność, partie, związki, stowarzyszenia, fundacje – swobodę działania, obywatele – prawo do demonstrowania, zgromadzeń, strajku, swobodnej ekspresji. Osiem lat po odzyskaniu wolności uchwaliliśmy nową konstytucję, która prawo stawiała przed władzą, dając wyrokom Trybunału Konstytucyjnego moc ostateczną i obowiązującą bez względu na wolę Sejmu. Dzięki tej konstytucji także rząd zyskał niezależność od poselskich kaprysów, bo urzędującego premiera nie można obalić, jeżeli nie umie się wybrać nowego. Stabilność państwa przestała być zagrożona przez doraźne polityczne emocje.

Kiedy weszliśmy do NATO i Unii Europejskiej, nasza demokracja została ubezpieczona z zewnątrz, bo obie organizacje przyjmują tylko państwa demokratyczne. Rada Europy i OBWE, do których też należymy, pilnują, by nasza demokracja działała fair i była praworządna. Formalnie mamy więc demokrację lege artis, że mucha nie siada. Ale czy to znaczy, że mamy demokrację? Albo: czy dzięki całej tej wielkiej infrastrukturze mamy poczucie, że Polska od nas zależy? Czy zależy od Pani? Zależy od Pana? Zależy od ludzi, których znacie? Albo jeszcze ina-czej: ile znacie osób uważających, że od nich zależy?

Paradoksalnie pokazały ten problem prawybory w PO. 46 tys. Polaków mogło się przekonać, że od nich zależy, kto będzie prezydentem. Wszyscy pozostali mogli się tylko przyglądać – z wyjątkiem niewielkiej grupy mającej niezwykły przywilej czynnego dostępu do mediów, który oznacza możliwość kształtowania opinii pozostałych, więc także tych 46 tys. Teraz, gdy 46 tys. dokonało wyboru (w praktyce tylko ich część), pozostali będą mogli wybrać. Teoretycznie z szerokiej palety – od Kononowicza do Korwina-Mikkego. Ale prawdziwy wybór – nie ma co udawać – będzie między wybrańcem 46 tys. a kandydatem PiS, którego wskaże kilka osób z kierownictwa partii, a faktycznie jedna albo dwie osoby. Z tej pary lud może sobie wybrać, kogo chce. W pierwszej turze będzie też oczywiście mógł oddać głos na jakiegoś trzeciego kandydata, ale z góry wiadomo, że będzie to głos stracony (może honorowo, a może głupio stracony). W drugiej turze (jeśli do niej dojdzie) tak czy inaczej natkniemy się na parę wskazaną przez 46 tys. i braci Kaczyńskich.

Lud porządnie nastraszony

Gdzie w takim mechanizmie jest miejsce na władzę ludu, czyli demokrację? W wyborach parlamentarnych? Czy tam będzie inaczej? Najwyżej o tyle, że wolno nam będzie sensownie wybierać pomiędzy czterema lub, powiedzmy, sześcioma ułożonymi przez kilkuosobowe sztaby listami wyborczymi. Merytoryczna treść naszego wyboru będzie jednak nie tylko niejasna, ale też niepewna. Bo z programów wyborczych nie wynika przecież, co jakaś partia naprawdę chce zrobić. SLD nie zapowiadało zamknięcia barów mlecznych i odebrania zasiłków społecznych sierotom, PiS nas nie ostrzegało, że odda oświatę Giertychowi, a wywiad Macierewiczowi; PO się zarzekała, że nie skomercjalizuje szpitali.

Głosowanie ludu w wyborach parlamentarnych nieodmiennie przypomina strzelanie kompletnie pijanego do sylwetki biegnącego dzika na cyrkowej strzelnicy. Przede wszystkim staramy się trafić w strzelnicę, czyli w partię, która wejdzie do Sejmu. Trafienie w dzika, czyli w partię, która zrobi to, czego rzeczywiście chcemy, jest kwestią mało prawdopodobnego przypadku. Bo partie zwykle nie robią tego, co obiecały zrobić, a robią to, czego nie obiecały robić lub wręcz to, czego obiecały nie robić. Lud, który wybrał władzę, patrzy więc na nią zwykle z szeroko otwartymi ustami i oczom własnym nie wierzy.

To nie jest polska specyfika. Lud brytyjski szeroko otwartymi oczami patrzył, jak Blair wysyła wojsko na wojnę do Iraku, a lud niemiecki długo nie mógł uwierzyć, że pacyfista Fischer agituje za wojną. Lud niemiecki nerwowo przecierał też oczy, gdy socjalista Schröder ciął socjal. Lud francuski szerzej otwierał zaś oczy, kiedy liberał Sarkozy ruszył na wojnę z bankami. Żaden z nich nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]