POLITYKA

Poniedziałek, 27 maja 2019

Polityka - nr 42 (2320) z dnia 2001-10-20; s. 68-69

Gospodarka

Janusz Lewandowski

Epitafium na urodziny

Warszawska giełda usycha nie tylko z własnej winy

Dziesiąty rok istnienia polskiego rynku kapitałowego upływa pod znakiem rynkowej smuty i dramatycznych pytań o przyszłość. Szybko dorobiliśmy się najsprawniejszej giełdy w Europie Środkowo-Wschodniej, ale jej kondycja odbiera radość ojcom-założycielom. Druga dekada giełdy zapowiada się jako czas walki o przetrwanie całkiem różny od romantycznej ofensywy lat 90.

Marną kondycję warszawskiej giełdy spowodowały nie tylko przewlekła bessa i rosnący pesymizm graczy. Z prawdziwą przykrością, będąc świadkiem radosnych początków, odnotowuję objawy strukturalnego kryzysu. Przede wszystkim maleje kapitalizacja giełdy i tym samym jej znaczenie gospodarcze, mierzone procentem PKB. W apogeum udało się sięgnąć 20 proc. produktu krajowego brutto, ale teraz – zamiast dalszych przyrostów – widać stopniowy regres. Jeszcze niedawno spełnienie kryterium dojrzałego rynku (tj. kapitalizacja przekraczająca 50 proc. PKB) wydawało się realnym celem. Dziś trzeba się rozstać z tą wizją. Nie maleje, a rośnie nasz dystans do europejskiej czołówki (Londyn, Euronext, Frankfurt), a nawet do europejskich średniaków (Mediolan, Zurich, Madryt, Sztokholm).

Dotkliwą słabością naszej giełdy jest też jej niska płynność. W wolnym obrocie znajduje się mniej niż jedna trzecia akcji spółek notowanych w Warszawie. Obrót walorami spółek średniej wielkości jest prawie martwy. Ciąży nam nadmierna koncentracja akcji w rękach głównych akcjonariuszy. Firmy-atrapy, mające w obrocie kilka procent akcji, zawyżają statystykę rynku, a widoczne trendy bardzo niepokoją.

Maleje liczba debiutów oraz prywatyzacyjnych ofert Skarbu Państwa. Od czasu ...