POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 1 (2331) z dnia 2002-01-05; s. 6-8

Raport

Andrzej Krzysztof Wróblewski

Eura wszędzie – co to będzie?

Nową europejską walutę łatwiej w Polsce wymieniać niż odmieniać

Jesteśmy świadkami jednego z najważniejszych wydarzeń współczesności. Oto – po raz pierwszy w historii świata – kilkanaście krajów dobrowolnie rezygnuje z własnej waluty na rzecz wspólnie wymyślonego nowego pieniądza. Mimo starannego przygotowania całej operacji, to jednak wielki szok kulturowy i psychologiczny. Liry, franki, marki, guldeny były częścią historii i tożsamości europejskich narodów. Jednak kilkadziesiąt lat praktykowania wspólnego rynku doprowadziło w końcu do unii monetarnej. Plemiona zamieszkujące Europę wykazały niezwykły pragmatyzm, przedkładając racje ekonomiczne nad emocje i sentymenty. To wielki dzień Unii.

Europejska Unia Monetarna (EMU), czyli strefa euro – nowego wspólnego pieniądza, obejmuje na razie 12 państw, ale jest nadzieja, że w miarę dobrych doświadczeń będzie się powiększać zarówno o tych, którzy będąc już w UE woleli poczekać, jak i tych, którzy do UE dopiero wstąpią, jak np. Polska. Wspólny pieniądz niesie z sobą zarówno korzyści czysto praktyczne, jak i możliwość natychmiastowego porównania, co jest tańsze (tak właśnie został użyty w naszym zestawieniu), uproszczoną księgowość i w ogóle obniżenie kosztów transakcji na obszarze, gdzie intensywnie się handluje – jak i głębsze, w postaci pełniejszego zespolenia 300 mln ludzi, obywateli państw członkowskich.

Euro oznacza, co do tego nie ma dwóch zdań, zaostrzenie konkurencji między podmiotami gospodarczymi krajów EMU. Podmiotami, a nie narodami, bowiem przedsiębiorstwa i spółki coraz częściej będą się dobierały na podobnych zasadach jak dzisiaj drużyny piłkarskie: z kim się lepiej gra, a nie jaki kto ma paszport. ...

Jedno euro, dwa... eura?

Chociaż język polski jest bogaty, to kraj biedny. Obfitość liczb, rodzajów i przypadków może i wystarczała do rozprawiania o złotych, ale w zetknięciu z euro polszczyzna okazuje się za słaba. Jedno euro, dwa... eura? A pięć... eur?

Jeszcze gorzej, kiedy prócz liczby mnogiej puścimy się na ryzyko deklinacji przypadków. „Centy to setne części...” – kogo? czego? eura? „Świetny wygląd zawdzięczam...” eurowi? eurom? „Warto by zdobyć trochę...” eur? I tak dalej, poprzez narzędnik (kim? czym? eurem!) aż po wołacz, który powinien być najbardziej uniwersalną formą, zrozumiałą we wszystkich krajach kontynentu: o euro!

Językoznawcy mówią co prawda, że „euro” można odmieniać jak „żebro”. Ale też wychodzi dziwnie.

Nazwa nowej waluty jest wprawdzie wszędzie pisana jednakowo, ale wymawiana różnie. Francuzi mówią – ale jak to napisać? – „ueho” z gardłowym r, Niemcy „ojrho” z także gardłowym rh, Anglicy nic nie mówią, tylko namyślają się nad przystąpieniem do strefy euro, a Rosjanie „jewro” – ale zaraz dodają, że właściwie pieniądze wymyślili Fenicjanie.

Pięć miejsc po przecinku

Tabela kursów, która od marca 2002 r., kiedy to znikną z obiegu waluty narodowe, będzie służyła tylko nostalgicznym wspomnieniom.

1 euro =

40,3399 franka belgijskiego
1,95583 marki niemieckiej
166,386 pesety hiszpańskiej
6,55957 franka francuskiego
0,787564 funta irlandzkiego
1936,27 lira włoskiego
40,3399 franka luksemburskiego
2,20371 guldena holenderskiego
13,7603 szylinga austriackiego
200,482 escudo portugalskiego
5,94573 marki fińskiej
340,570 drachmy greckiej

Supereuropejczycy

Żeby wejść do elitarnego klubu euro, trzeba spełnić wysokie wymagania i otrzymać zaświadczenie pełnego zdrowia waluty narodowej.

Kryteria Konwergencji z Maastricht
• Inflacja nie może być wyższa niż półtora procent ponad średnią trzech najlepszych państw kandydujących do unii walutowej i to przez cały rok
• Długoterminowa stopa procentowa nie może być wyższa niż 2 proc. ponad średnią trzech najlepszych państw UE
• Deficyt budżetowy nie może przekraczać 3 proc. PKB
• Dług publiczny nie może przekraczać 60 proc. PKB
• Kurs walutowy powinien być przez co najmniej dwa lata stabilny względem innych walut kandydatów do Unii
• Bank centralny musi być całkiem niezależny od rządu.