POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 38 (3128) z dnia 2017-09-20; s. 18-19

Ogląd i pogląd

Piotr Buras

Fantazje o reparacjach

Reparacyjne moralno-historyczne wzmożenie nie przyniesie nic poza podważeniem zaufania między Polską a Niemcami.

Po tygodniach oczekiwań Biuro Analiz Sejmu przedłożyło analizę, z której wynikać ma czarno na białym, że na reparacje zasłużyliśmy (bo zniszczenia wojenne były ogromne), że domagać się możemy (bo wszystkie wcześniejsze akty rezygnacji, np. z 1953 r., można uznać za nieważne) i że generalnie prawo i sprawiedliwość powinny być po naszej stronie. Szczerze mówiąc, trudno było spodziewać się innej wymowy tekstu, podobnie jak nie sposób być zaskoczonym triumfalistycznymi reakcjami jej zleceniodawców z PiS.

Politycy pieką więc swoją pieczeń, a część obywateli ostrzy już sobie może zęby na niemieckie miliardy. Ale to nie pierwsza analiza na ten temat, a wnioski z wielu poprzednich były odwrotne. Jedno jest pewne: o kontekście prawnym powiedzieć można wszystko, ale na pewno nie to, że jest klarowny. Większość polskich autorytetów prawniczych za oczywisty uznaje raczej brak zasadności roszczeń. Ale nie w tym rzecz. Gdyby przepisy prawa były jednoznaczne i nie pozostawiały cienia wątpliwości, nie potrzeba byłoby sądów, które zajmują się ich wykładnią. Szkopuł w tym, że w stosunkach międzynarodowych sądownictwo funkcjonuje inaczej niż wewnątrz państw – przede wszystkim opiera się na zasadzie dobrowolności korzystających z niego krajów. Zaś ekspertyza nie odpowiada na najważniejsze pytanie: jaka jest droga dochodzenia przysługujących Polsce rzekomo roszczeń?

Prof. Władysław Czapliński, w przeciwieństwie do Roberta Jastrzębskiego, autora analizy, uznany od lat autorytet w dziedzinie prawa międzynarodowego, nie pozostawia wątpliwości: takiej drogi prawnej nie ma, bo Polska (Niemcy zresztą też) nie poddała się jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze (jedynego, który ewentualnie mógłby być właściwy do rozstrzygnięcia sporu prawnego o reparacje) w sprawach sprzed 1989 r. Z dobrego powodu. Sytuacja prawna związana z konsekwencjami drugiej wojny światowej jest bowiem zagmatwana nie tylko w odniesieniu do reparacji, lecz także mienia pozostawionego przez niemieckich wypędzonych na tzw. ziemiach zachodnich. Dlatego odcięcie tej kwestii grubą kreską, przynajmniej w odniesieniu do podejmowania tych spraw na szczeblu międzypaństwowym przed sądami międzynarodowymi (skargi indywidualne obywateli to co innego), miało dla Polski także charakter obronny.

Tak więc Niemcy mają swoją interpretację (wyłożoną w niedawnej analizie dla Bundestagu), PiS ma wykładnię Jastrzębskiego. Nie ma zaś nikogo, żadnego trybunału czy sędziego, kto mógłby w wiążący sposób rozstrzygnąć, kto z nich ma rację. Tym samym rozważania prawne nie mają żadnego praktycznego znaczenia.

To, że problem ma charakter wyłącznie polityczny, nie jest niczym nowym. Wszystkie uzgodnienia między państwami ofiarami agresji Niemiec a powojenną RFN dotyczące odszkodowań zawierane były nie w oparciu o jakiś formalny tytuł prawny, lecz na podstawie politycznego, dobrowolnego porozumienia stron. Dotyczy to także najważniejszej dla Polski decyzji o powołaniu Fundacji Pojednanie w 1991 r. oraz o wypłatach dla robotników przymusowych z 2000 r.

Jastrzębski całkowicie mija się zresztą z prawdą, pisząc, że Polska otrzymała od Niemiec tylko 600 mln marek w 1991 r. W rzeczywistości było to jakieś 2,5 mld euro (wg cen z 2000 r.) lub – jak szacuje Jerzy Sułek, były przewodniczący Fundacji Pojednanie, która rozdzielała odszkodowania – ok. 5,5 mld zł od Niemiec (plus 0,5 mld od Austrii). To niewspółmierne do polskich strat i cierpień, ale manipulowanie liczbami w poważnej analizie jest nieładne. Te liczby osłabiają eksponowany w ekspertyzie argument o dyskryminacji Polaków w porównaniu z innymi narodami: 11 państw, które zawarły umowy o odszkodowania od Niemiec w latach 50. i 60., otrzymały na ten cel łącznie ok. 1 mld ówczesnych marek, czyli ok. 3 mld euro według cen z 2000 r. (obliczenia własne).

Wróćmy jednak do polityki. O ile wszelkie argumenty prawne rozbijają się o niemoc wyegzekwowania reparacji na drodze sądowej, o tyle politycznie sprawa jest jednoznacznie zamknięta. Kolejne polskie rządy, łącznie z demokratycznie wybranymi Tadeusza Mazowieckiego czy Marka Belki, stały na takim stanowisku i otwarcie je deklarowały (rezygnacja nie dotyczyła odszkodowań dla ofiar Trzeciej Rzeszy). Nie podważył go także pierwszy rząd PiS, choć do domagania się reparacji nakłaniała uchwała sejmowa, przyjęta jeszcze w 2004 r. Taka ciągłość, niezależna od zmiany rządów, w ocenie zobowiązań międzynarodowych państwa jest warunkiem jego wiarygodności, zaś jej podważanie byłoby politycznym awanturnictwem. W 2004 r. kanclerz Gerhard Schröder złożył uroczystą deklarację, że państwo niemieckie nigdy nie będzie popierało żądań niemieckich wypędzonych o zwrot majątków w Polsce. Czy gdyby po tegorocznych wyborach w Niemczech nowy rząd zmienił w tej sprawie zdanie, nie uważalibyś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Piotr Buras  to znawca stosunków polsko-niemieckich, dyrektor warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations.