POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 19-21

Społeczeństwo

Elżbieta Turlej

Fatalne

Kochanki, zdradzone żony, uwiedzione posłanki, wykorzystane pracownice. Kobiety uwikłane w głośne polityczno-seksualne skandale. Jak widzą swoją rolę po latach? Jaką zapłaciły cenę?

Najgłośniej było o Anecie Krawczyk. W 2007 r. publicznie oskarżyła czołowych polityków rządzącej wówczas partii Samoobrona o wykorzystywanie seksualne kobiet. Powiedziała, że ojcem jej dziecka jest Stanisław Łyżwiński. Przeprowadzono badania genetyczne, które tego nie potwierdziły. „No to się zaczęło. Jeśli przed wynikami byłam ledwie szmatą, co zdradziła partię, to po badaniach dziwką, która szuka ojca dla dziecka” opowiadała w wywiadzie w 2008 r. Dziś w jej rodzinnym Radomsku ludzie mówią: nasza Anetka. Ich zdaniem, skoro najważniejsi politycy w kraju powtarzali, że kobieta kłamie, a ona konsekwentnie powtarzała to samo, to znaczy, że to ona miała rację. Do tego świetnie wychowała córki, znalazła pracę w księgowości, skończyła psychologię biznesu, założyła własną firmę.

Ludzie podkreślają, że na ulicy widać ją uśmiechniętą, energiczną. Szczególnie teraz, kiedy biega po mieście z wózeczkiem. – Jestem szczęśliwa – mówi Aneta Krawczyk. – Partner pracuje za granicą, mamy 11-miesięcznego synka. Dwie starsze córki są już dorosłe. Najstarsza studiuje ekonomię i mieszka w Anglii, młodsza kończy technikum weterynaryjne, chce zdawać na anglistykę. Najmłodsza skończyła 14 lat, chodzi do gimnazjum. 

Na początku nie było różowo. Po wybuchu afery „praca za seks”, kiedy do Radomska zjechali dziennikarze, ludzie się podzielili. Aneta Krawczyk przyznaje, że kiedy Andrzej Lepper zaczął domagać się odebrania jej dzieci, „skoro nie wie, kto jest ojcem córki”, była bliska załamania. Sama, bez pracy, pozbawiona anonimowości (bo tuż po publikacji „Gazety Wyborczej” Andrzej Lepper zwołał konferencję prasową i podał jej dane), nie poradziłaby sobie. Na szczęście pojawiły się inne kobiety. – Pierwsza zadzwoniła Katarzyna Kądziela, wtedy współpracowniczka wicepremier Izabeli Jarugi-Nowackiej, dziś dyrektor fundacji jej imienia – wspomina. – Potem Joanna Piotrowska, Aneta Czerwińska z Feminoteki i wiele innych. Dały wsparcie psychologa, prawnika. No i co najważniejsze, były na rozprawach. Katarzyna Kądziela siedziała obok, trzymała za rękę.

Łyżwiński mówił w mediach, że „wycisną ją jak cytrynę i zostawią”, ale było inaczej. Wychowawca jednej z córek, miejscowy działacz PiS, zajął się dziewczynkami jak dobry pedagog, a nie polityk. Potencjalni pracodawcy nie patrzyli przez pryzmat afery, przypuszczali, że będzie pracować dwa razy ciężej, żeby udowodnić, że zasługuje na zaufanie. Potem mówili z uznaniem: dzielna ta nasza Anetka. Na adres reprezentującej ją nieodpłatnie mecenas Agaty Kalińskiej-Moc zaczęły przychodzić listy od kobiet molestowanych w pracy. – Ja miałam szczęście: organizacje kobiece same się do mnie zgłosiły. Przeciętna szara myszka, upokorzona, zawstydzona i zastraszana, nie wie, gdzie ich szukać – mówi. – Kontaktowałam je z Kasią Kądzielą, ale też sama do nich dzwoniłam, jak do bohaterki równie głośnej afery w olsztyńskim magistracie, gdzie pracownice oskarżyły prezydenta miasta o molestowanie. Kobieta, która powiedziała o tym w mediach, padła ofiarą gwałtu, będąc w ciąży. A potem już jako Aneta, a nie bohaterka seksafery, zaczęłam jeździć na manify i spotkania ruchów kobiecych. Na razie, ze względu na dziecko, jest częściej w domu, wzięła urlop wychowawczy, ale październikowego czarnego marszu nie odpuściła. 

Andrzej Lepper i Stanisław Łyżwiński nigdy nie odpowiedzieli za „przyjmowanie korzyści o charakterze seksualnym”. Andrzej Lepper popełnił samobójstwo. Postępowanie karne wobec Łyżwińskiego zostało zawieszone ze względu na jego ciężki stan zdrowia. 

Pisarka z konieczności

Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz była partnerką, a potem została żoną ówczesnego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Od 2009 r. serial „Izabel i Kaz” śledziła cała Polska. Pod koniec 2016 r. znów wróciła na strony tabloidów za sprawą procesu rozwodowego. – Czy warto być żoną polityka? Nie warto, bo to ty poniesiesz tego konsekwencje. Zamiast rozumu użyłaś serca, a i tak cię oskarżą, że go nie miałaś – mówi.

Tuż przed rozpadem małżeństwa doszło do wypadku samochodowego. Od tego czasu Izabela Olchowicz-Marcinkiewicz cierpi na niedowład lewej ręki; jest leworęczna. Z tej strony ciała ma przeczulicę, czuje ból. Dlatego, jak twierdzi, nie z powodu kokieterii, o jaką podejrzewały ją tabloidy, chodziła na rozprawy rozwodowe z odkrytym ramieniem. Podczas ubierania czy mycia musi korzystać z pomocy. Ma asystentkę.

Na początku 2017 r. w internecie opublikowała autobiografię, którą sprzedaje jak książkę. Historia małżeństwa z byłym premierem w rządzie PiS to ledwie 10 proc. jej wspomnień. Większość to historia porzucenia w dzieciństwie, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]