POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 1 (1) z dnia 2011-01-18; Niezbędnik Inteligenta Plus [04]. Co się dzieje w kulturze; s. 26-31

Literatura

Katarzyna Janowska

Federacja niepodległych nisz

Polska to kraj, w którym poezję pisze się masowo, a czyta od wielkiego dzwonu. Gigantyczna poetycka fala uderza w czytelników z siłą nieznaną pod innymi szerokościami geograficznymi. Poezja obłazi trotuary, mury kamienic, słychać ją w pubach i w kawiarniach.

W Polsce wydaje się rocznie kilkaset tomików wierszy. A ile liryków krąży w Internecie, ile tomów wydały osiedlowe kluby lub domy kultury, ile wierszy wykrzyczeli młodzi poeci na Slam-Poetry? Tego nikt nie jest w stanie zliczyć. Ale to nie znaczy, że należy w popłochu uciekać przed zalewem papieru naznaczonego charakterystycznym pionowym kształtem. Od czasu do czasu bowiem morze wyrzuca na brzeg skarby.

Wrocławski krytyk Karol Maliszewski w cyklu artykułów poświęconych młodej poezji ironicznie pisał, że liczba tomików młodych poetów przypadająca na jednego Polaka powinna być umieszczona w Księdze rekordów Guinnessa. Kiedyś poproszono go o podanie liczby osób rymujących w Polsce. Maliszewski podsumował to, co czyta, co widzi w Internecie, co nadchodzi do niego z różnych stron. Wziął pod uwagę teksty nadsyłane na konkursy, w których jest jurorem, dziesiątki znanych mu prowincjonalnych klubów poetyckich. Dodał dzieci i młodzież garnące się do rymowania i udziału w warsztatach poetyckich. Z tego wszystkiego ...

Roman Honet

(z tomu „Pójdziesz synu do piekła”, Zielona Sowa 1999 r.)

Wnętrza

Palimy pudła po listach, gorzkie depesze
spadające jak robaki, martwą naturę sierpnia
na brudnych grzbietach pocztówek. Od
ostatniego okrążenia słońca
zmieniło się niewiele; tak samo pilnujemy ognia,
wypluwamy bluźnierstwa, podłe opowieści
Drewermanna. O duchach wszystko wiadomo;
przychodzą w nocy i mówimy im –
a kysz!

Nie, jesteśmy niemuzykalni w tym królestwie
obojga jesieni, w kościołach niezrozumiałej mowy
omszałych pokrzyw i traw (patrz –
str. 3). Listopad wysyła
oniemiałych posłańców, instrumenty
czułe jak zegar, zetlałe maszynopisy
w słupach ognia. Czy słyszysz
bębny?

Tomasz Różycki

(z tomu „Anima”, Zielona Sowa 1999 r.)

Repetycje

W powtarzaniu potęga, w powtarzaniu stałość.
Kawa z mlekiem i wino, do wina migdały;
powtarzane po stokroć słowo będzie ciałem
w niebieskawej pościeli, pod skundloną trawą.

Jedzenie od Chińczyków, pieniądze od Żydów,
tysiąckrotna pielgrzymka nad żeliwną Odrę –
żyję i mam wątpliwość, czy za czarnym oknem
jutro powtórzy się dokładnie to, co było.

Zima ma swe nałogi – śnieg właśnie zasypał
dom i wszystkich harcerzy. Tak, jak mnie uczyłaś,
sam powtarzam sposoby, w których była miłość,
i wtedy seksowniejsza niż hiszpańska grypa,

ta czarnobrewa nocka, jawna kusicielka
wpisuje do dowodu swe obywatelstwo.

Edward Pasewicz

(z tomu „Dolna Wilda”, Biuro Literackie 2002 r.)

Senne saneczki

Czy mnie potępisz, śpiący między szynami
liściu łopianu,
kiedy się głucho odbijają od ciebie
pomruki pierwszych przechodniów?

Gdybyś się nagle uniósł, mógłbyś całkiem
zakryć tę wiatę na Kórnickiej,
gdzie czekam na szóstkę i wymyślam, co
powiem szefowi, gdy zapyta dlaczego
tak późno przychodzę.

Mógłbyś mnie otulić i zwinąć się jak cygaro,
tak, żebym mógł przeczekać atak mgły
i ten chłód, który się wzmaga i rodzi
podejrzenie, że nie zatrzyma się wcale.

Mógłbyś też (wcale nie żartuję) stać
się tym tajemnym zielem, które daje
przez chwile wrażenie, że jest się bez ciała.
Ale ty jesteś postrzępiony i żółkniesz
w kilku miejscach naraz.

Jeszcze kilka
dni i nie zobaczę cię tu wcale; senne saneczki
będą ześlizgiwać się z pagórka,
dzieci ugniotą śnieg wdrapując się pod górę,
będę wsiadał na innym przystanku.

Joanna Mueller

(z tomu „Somnambóle fantomowe”, Zielona Sowa 2002 r.)

wygnańcy bogów umierają młodo
a jednak tamci stoją niewzruszeni. przyrzekają
miłość do śmierci. śmierć przyrzeka miłość do nich.
R. Kobierski mendelssohn funebre –

miłość

dotyk taktyków poznasz po łamaniu
słowa gramatyką wyjątków sensualnym
sensem somantyką blasfemii poprawności
błędem codziennie od nowa notują jej głodowy
język rzeczy własnych niewiele nazwą je
po linieniu chwilowe lokum samotne
rozkojarzeniówka spisany z rozwiązłych
powiązań apokryf przejścieradeł mała siła
przebycia w liniach papilarnych tylko trochę
ufności: każdy świat ma dwa końce i dwie
są pęknięte monady w otwartym solipsis
ciała zderzone symultanecznie wykroczą
poza wyrocznie wyrzutki rachowane
sumiennie dzieci co żadnej wiary nie
wyspowiadały a już je w uważnieniu
nieletnim pokalały sobą niepokoją
by koić ranią by w sobie się
goić gra w nic aż do granic
nieba ustępowanie upadanie
w ciało od kiedy zamiast
modlitwy odmawiają miłość
w kościółki z kostek różańca
za świadka wprasza się

śmierć

Marta Podgórnik

(z tomu „Opium i Lament”, Biuro Literackie 2005 r.)

ulica łużycka

krok po kroku równowaga najpierw parapety
regał biurko potem łóżko i dopiero kuchnia
wzrusza mnie ten porządek nastawania sprzętów
lampka lustro stolik do kawy i trochę zieleni

przyszło później ale nie przez nie dom ma sens
serce domu to druga szczoteczka w łazience
ręczniki zawartość lodówki plamy na pościeli
i zdjęcie w ramce oby stać się znów sentymentalnym

nic z tego nie utracić zrobić nieco miejsca
w szafie i szafkach przecież dom czeka na przyjście
swojego wierzyciela z którym związał puls
i teraz kiedy pada teraz kiedy mży a w środku

wszystko pęcznieje gorączką umysł mam jasny
jak tamci piloci luftwaffe jak zasady promocji
instrukcja żelazka piszę gotuję kocham się
na swoim łóżku nie dziękuj za kartkę z mazur

nie dziękuj za kartkę z nad morza.

Krzysztof Siwczyk

(z tomu „Emil i my”, Wydawnictwo Czarne 1999 r.)

Dmuchanie na zimnych

Prawda, że ładnie wyglądała? Racja.
Masz słuszność, kiedy inni świadczą o niej podobne bzdury.
Jak mandarynka. Pomarańczowa i wysuszona.

Traktować wszystko tak, jakby było po wszystkim?
Nieśmiertelni są ci wiecznie niezadowoleni.
Ci, którzy zachowują pogodę ducha,

mogą się nim cieszyć tylko za życia.
Być może dlatego muzyk, kiedy potyka się
w marszu żałobnym, robi złą minę do złej gry.

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

(z tomu „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach”, Biuro Literackie, Wrocław 2009 r.)

X.

z językiem trzeba twardo
jest jaki jest kawałek
drewna którym się podpieramy
i posiłkujemy w drodze

lecz nie zawsze szczęśliwie
jest jaki jest i nie ma
cienia wątpliwości że to glina
udręczona tchnieniem

Pana Boga i przez każdego
z nas gdy braknie tchu

XVII.

przyjaciel to ktoś kto przychodzi
do twojego domu z pakunkiem książek
i nie dba o nic a najmniej
o siebie kiedy go zagadnąć o zdrowie

przyjaciel to ktoś kto o nieoznaczonej
porze przychodzi do twojego domu
i nie zostawia cię z pakunkiem pięciu
sześciu książek lecz pięknie

opowiada gdzie był u czyjego grobu po raz
pierwszy dowiedział się prawdy o sobie