POLITYKA

Piątek, 23 sierpnia 2019

Polityka - nr 17 (2190) z dnia 1999-04-24; s. 45-46

Kultura

Andrzej Krzysztof WróblewskiAgnieszka Kowalczewska  [wsp.]

Fotel na głowę

Heroldowie domagający się dla kultury większych dotacji są bardziej elokwentni i mają łatwiejszy dostęp do mediów niż rolnicy, górnicy czy służba zdrowia, ale w gruncie rzeczy chodzi im o to samo: żeby wyrwać więcej pieniędzy publicznych dla swojej dziedziny. Artyści głośno oburzają się, kiedy księgowi przymuszają ich do liczenia i oszczędzania pieniędzy. Tymczasem spośród 120 polskich teatrów upadły, a i to nie na dno, zaledwie dwa. Ale rok bieżący, rok reformy samorządów, które przejęły teatry pod swoją opiekę, może być rokiem gorzkiej prawdy.

Najczęstszą pozycją w repertuarze polskich teatrów jest "nieczynny", bo do niemal każdego spektaklu trzeba dopłacać (np. w Teatrze Polskim we Wrocławiu przeciętnie 50 zł do biletu). Bardziej opłaca się nie grać, niż grać. Niedawno słynny krakowski Stary Teatr zawiesił część przedstawień. Sto lat temu, jeśli teatr, warsztat czy sklep w stosownej porze nie był otwarty, stójkowy wymierzał karę. Za PRL każdy dyrektor miał plan liczby przedstawień, w tym objazdowych, i liczby premier. Dzisiaj to wyłącznie jego sprawa, jak związać koniec z końcem. - Gramy dzień w dzień, bo tak nam każe poczucie obowiązku - zapewnia dyr. Andrzej Walden z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, zaznaczając, że ma i inne motywy: widownia dużej sceny jest zapełniana średnio w 75 proc., małej w stu, więc każdy spektakl zmniejsza deficyt. Ale inni, kiedy bieda przyciśnie - zamykają interes na kłódkę.

Bieda, a w każdym razie konieczność zaciśnięcia pasa, dotknęła wszystkie przedsiębiorstwa państwowe - a teatr, jak by się nie oburzali artyści, jest też przedsiębiorstwem. Pod wpływem budżetowej biedy nawet ...