POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 19 (2349) z dnia 2002-05-11; s. 84-86

Społeczeństwo / Sport

Andrzej Fąfara

Gdy rowery zdobywały wiosnę

Wyścig Pokoju wraca do Warszawy, ale czy wróci ogólnonarodowe szaleństwo z tamtych lat?

Wiele osób, które pamiętają dawny Wyścig Pokoju, wciąż uważa, że było to najważniejsze wydarzenie sportowe ostatniego 50-lecia. Młodszym trudno zapewne zrozumieć, co takiego miały w sobie kolarskie zawody, że na ich punkcie cały kraj ogarniało szaleństwo, przy którym dzisiejsza małyszomania jest ledwie maleńkim zauroczeniem.

Ogólnonarodowe szaleństwo na punkcie Wyścigu Pokoju – imprezy w zamyśle propagandowej – wynikało przede wszystkim z braku innych atrakcji oraz głodu sukcesów. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy wyścig zyskał ogromną popularność, ludzie w Polsce mogli liczyć na występy radzieckiego chóru imienia Aleksandrowa, dożynki i karuzelę na Bielanach. Sportowcy – oprócz bokserów, którzy w 1953 r. w Warszawie zdobyli pięć złotych medali w mistrzostwach Europy – nie dawali kibicom większych powodów do zadowolenia. W tej sytuacji pomysł zorganizowania międzynarodowych zawodów kolarskich musiał trafić na podatny grunt. Władza postanowiła zafundować ludowi pracującemu miast i wsi sportowy festyn, który trwał kilka tygodni, przynosił emocje i w dodatku stwarzał pozory otwarcia na świat.

Ów prosty pomysł był dziełem dwóch dziennikarzy: Zygmunta Dalla z „Głosu Ludu” (gazety przemianowanej później na „Trybunę Ludu”) i Jana Blechy z „Rudego Prava”, którzy spotkali się w 1946 r. w Pradze przy okazji turnieju bokserskiego. W stolicy Czechosłowacji niemal wszystko – łącznie z&...