POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Ludwik Dorn

Ludwik Dorn

Głowa pęka od fuzli

Impreza znana z tego, że zwiększa konsumpcję alkoholu i animuje życie towarzyskie członków zarządów spółek Skarbu Państwa, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy, zrodziła w tym roku bulwers polityczny.

Najpierw zatrudnieni komentatorstwem biegli teoretycznie polityczni gorzelnicy uważnie nasłuchujący, jakie bulgoty wydaje z siebie fermentujący w retorcie zacier obozu „dobrej zmiany”, prześcigali się w przewidywaniach, w cóż ten zacier się wydestyluje? Czy krynickim „człowiekiem roku” zostanie premier Beata Szydło, która na kongresie PiS w Przysusze wystąpienia nie miała, czy też wicepremier Morawiecki, który takie wystąpienie miał? W jury tego wyróżnienia zasiadają finansujący Forum prezesi spółek Skarbu Państwa, a to cwane gapy, praktycy gorzelnictwa politycznego, którzy dobrze wiedzą, że wprawdzie wicepremier Morawiecki wielkim strategiem gospodarczej „dobrej zmiany” jest, ale to, czy dalej będą prezesami, zgodnie z ustawą zależy obecnie od premiera. Wprawdzie gala końska „Pride of Poland” w tym roku wypadła nieco wstydliwe, ale na gali polskiej dumy gospodarczej Beata Szydło wygrała o pół łba z Mateuszem Morawieckim (stosunek głosów 13 do 11) i skropliła się w postaci krynickiego „człowieka roku”.

Być może znane jest pani premier urocze powiedzenie naszych braci Słowian „znajet koszka czyjo miaso jeła” (wie koteczka, czyje mięso żarła), więc gdy tylko się skropliła, wygłosiła akt strzelisty pod adresem wiadomo czyim: ja to tylko jestem skromnym kapitanem drużyny „dobrej zmiany”, ale genialnym strategiem, selekcjonerem, trenerem drużyny jest… dobrze wiecie sami kto (uwaga: nie o lorda Voldemorta tu chodzi). No i byłoby tak, jak być powinno, gdyby nie to, że tuż przed wygłoszeniem przez destylat aktu strzelistego kamera telewizyjna uchwyciła, jak prezydent Andrzej Duda instruuje swego rzecznika prasowego Krzysztofa Łapińskiego: „tak powiedz”. To minister Łapiński powiedział do mikrofonu, że gdyby prezydent chciał dymisji ministra Macierewicza, to rozmawiałby o tym z prezesem Kaczyńskim. Dopytywany przez dziennikarzy, że przecież to premier decyduje o składzie Rady Ministrów, rzecznik dopowiedział, że prezydent rozmawiałby o tym z prezesem.

W retorcie zabulgotało tym intensywniej, im bardziej zacier nie wiedział, w kogo ma się skroplić. Najpierw człowiek zaufania sami wiecie kogo (nie o lorda Voldemorta tu chodzi), wicemarszałek Brudziński zaćwierkał na Twitterze, że pani premier wykazała się klasą w przeciwieństwie do sami wiecie kogo (nie o lorda Voldemorta lub prezesa Kaczyńskiego tu chodziło), a następnie oddany już nie wiem komu marszałek Stanisław Karczewski, który sam zatracił orientację, komu ma być oddany, oznajmił, że gdyby był prezydentem, to zdymisjonowałby rzecznika prezydenta. Jakby tego było mało, inny prezydencki minister Andrzej Dera też odniósł się do zleconej przez prezydenta wypowiedzi rzecznika i określił ją jako „niezręczną”. Tu już wszyscy teoretycy gorzelnictwa politycznego pogłupieli, a pogłupieli jeszcze bardziej, gdy wicemarszałek Sejmu i przewodniczący klubu PiS oznajmił, że wypowiedź rzecznika prezydenta jest jak najbardziej w porządku, bo z kim ma pan prezydent naradzać się nad zmianami w składzie rządu, jeśli nie z panem prezesem?

Praktyków – takich jak niżej podpisany – gorzelnictwa politycznego ta sekwencja wypowiedzi nie zadziwiła. Polityka to bałagan, który na bieżąco musi być porządkowany. Nie ma nic dziwnego w tym, że prezydencki minister Dera zdezawuował prezydenckiego rzecznika Łapińskiego. Prezydent prosto z Krynicy odleciał do Kazachstanu i, zapewne, nie wydał przed odlotem instrukcji okólnej. Nie wydał, bo albo zabrakło mu czasu, i wtedy minister Dera może spać spokojnie – wprawdzie pobłądził, ale złowrogi zamiar za tym nie stał; albo też prezydent instrukcji nie wydał, bo chciał się dowiedzieć, jak się zachowają sami z siebie jego podwładni w chwili ostrego starcia jednej strony „dobrej zmiany” z drugą stroną „dobrej zmiany”. Prezydent bardzo poważa praktykę polityczną śp. Lecha Kaczyńskiego, a Lech Kaczyński poważał praktykę marszałka Piłsudskiego. A to Marszałek na zjeździe legionistów w Kaliszu wypowiedział wiekopomne słowa: „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur”. Jedna „dobra zmiana” nie może tolerować agentury drugiej „dobrej zmiany”; żaden szef nie może godzić się z tym, że w jego firmie działa inna firma. Jeśli potwierdzi się ta druga hipoteza, to przed ministrem Derą różowej przyszłości nie widzę.

Zamieszanie po drugiej stronie „dobrej zmiany” jest też zrozumiałe. Prezes Jarosław Kaczyński często przywoływał powiedzenie Napoleona, że armia baranów dowodzona przez lwa zawsze wygra z armią lwów dowodzoną przez barana. Problem, który ma lew z baranami, polega na tym, że lew w warunkach polowych nie jest w stanie kontrolować na bieżąco beczenia najbardziej oddanych baranów. Ponieważ już „nie nasz” pan prezydent za pomocą rzecznika zdezawuował „naszą” panią premier, twierdząc, że o składzie rządu można rozmawiać tylko z prezesem, to oddane prezesowi barany zabeczały, że skandal, jak tak można. Otóż można, bo jeśli pan prezydent ma ustalać skład rządu z panią premier, to gdzie jest miejsce dla pana prezesa? Trzeba ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]