POLITYKA

Czwartek, 18 lipca 2019

Polityka - nr 32 (2153) z dnia 1998-08-08; s. 65-66

Społeczeństwo

Artur Górski

Górskim w dół

Bohater wzruszającego filmu Vittoria de Siki "Złodzieje rowerów" kradnie jednoślad, aby nie stracić pracy i tym samym uchronić swą rodzinę przed nędzą. Jednak rozjuszony tłum dopada go po krótkim pościgu i scena omal nie kończy się linczem. Gdyby ów nieszczęśnik ukradł współczesny rower typu MTB, pościg zostałby daleko w tyle.

Rower od początku był czymś więcej niż tylko środkiem lokomocji, a swych zwolenników miał tak wśród najbiedniejszych jak i wśród elit. Już Henryk Sienkiewicz, członek Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, myśląc "na koń" siadał na rower. Zaraz po II wojnie światowej tylko nieliczni dostępowali zaszczytu posiadania służbowego roweru: należał się on lokalnym notablom i stróżom ładu publicznego, potem listonoszom. Rowerowy boom w naszym kraju tak naprawdę rozpoczął się na początku lat 70., a to z dwóch powodów. Jednym były sukcesy rodzimych kolarzy, zwyciężających w Wyścigu Pokoju, drugim zaś fakt pojawienia się w sprzedaży nowoczesnych (jak na ówczesne czasy) składaków i półskładaków. W latach 80., gdy w sklepach królowała poczciwa Ukraina - niezgrabny, ciężki model, przeznaczony do jazdy po polach, moda jakby nieco opadła. O dobrych rowerach można było tylko pomarzyć, tak jak piosenkarz, który śpiewał: "biały rower bardzo chciałbym mieć, biały rower i opony też".

Dopiero zalew superatrakcyjnych "górali", jaki trwa od początku dekady, spowodował istne szaleństwo. I dziw, ż...