POLITYKA

Poniedziałek, 22 lipca 2019

Polityka - nr 48 (3037) z dnia 2015-11-25; s. 80-82

Kultura

Zdzisław Pietrasik

Halo baza, tu nadbudowa!

Do publicznego dyskursu nieoczekiwanie powraca marksistowska terminologia. Można usłyszeć, że nowe władze, nim zajmą się reformami gospodarczymi, pomajstrują w nadbudowie, ponieważ to prostsze i łatwiejsze. Z jakim skutkiem?

Czytając w prasie prawicowej niektóre artykuły programowe, proponujące nowym władzom kompleksowe rozwiązania w sferze kultury, można odnieść wrażenie, iż dotychczas artyści głównego nurtu trudnili się przede wszystkim zdradzaniem interesów narodowych, w czym kibicowali im krytycy, też pozbawieni wyższych uczuć patriotycznych. Teraz więc, skoro nadszedł czas tak wyczekiwanej wielkiej zmiany, należałoby wymienić jednych i drugich. Czyli wrzucić granat do salonu.

Salon to jest ładne słowo, które w polszczyźnie ma same brzydkie konotacje. Może to wina wieszcza Adama Mickiewicza, który w „Dziadach” okrutnie potraktował „Salon warszawski”? O salonach mówiło się jak najgorzej w czasach PRL, kiedy w zaangażowanej publicystyce przedstawiane były jako relikt minionego ustroju i gromadziły osobników pozostających na marginesie socjalistycznego społeczeństwa. To wykluczenie z głównego nurtu życia kraju zawiera się również w definicji obecnie obowiązującej. Salon jest zatem zbiorowiskiem pięknoduchów – w dużej mierze beneficjentów poprzedniego i obecnego systemu – mającym ambicje ferowania jedynie słusznych ocen i wyroków. Oraz, co nie jest bez znaczenia, mających ...