POLITYKA

Wtorek, 11 grudnia 2018

Polityka - nr 6 (2336) z dnia 2002-02-09; s. 53

Kultura

Jacek Sieradzki

Hanemann frasobliwy

Izabella Cywińska zawsze przytomnie unikała patosu – co ją teraz podkusiło?

Niepowodzenie „Hanemanna” w gdańskim Wybrzeżu jest niestety jedną z wielu przegranych ostatnio bitew w cichej wojnie, która toczy się w łonie sceny. Wojnie między teatrem pragnącym głęboko ukorzenić się na swoim miejscu, osadzającym swe dzieła w historii, w genealogiach, w realiach, w mitologii lokalnej – a teatrem sięgającym po problemy uniwersalne, ponadczasowe, aktualne pod każdą długością geograficzną. Ten drugi jest dziś w uderzeniu, zdobywa zwolenników, porusza emocje. Czy jednak ów pierwszy skazany jest przez to bezapelacyjnie na drugorzędność?

Kłopotów z przeniesieniem „Hanemanna” na scenę można było się spodziewać poniekąd z góry. Powieść Stefana Chwina (Paszport „Polityki” 1996) rozgrywająca się w powojennym Gdańsku była już kiedyś przedmiotem inscenizacji: realizował ją w Koszalinie Sebastian Majewski, reżyser wsławiony świetnym uscenicznieniem „Prawieku” Olgi Tokarczuk. Klęskę poniósł był druzgocącą; z przedstawienia nie było czego zbierać. I było widać jak na dłoni, że proza ta stawia opór reżyserskim zabiegom, że jej rytm nie chce dać się przekształcić na działania sceniczne. O drugie z kolei podejście pokusiła się Izabella Cywińska, chętnie adaptująca literaturę niedramatyczną: prozę, reportaż, dokument. Ostatnio z sukcesem inscenizowała w Teatrze Telewizji fragmenty epiki całkiem niescenicznej: „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego, wyglądało więc, że i w potyczce z prozą Chwina nie jest bez szans. Trafiła jednak kosa na kamień.

Podstawową materią gęstej narracji „Hanemanna” jest wszakże opisowy konkret: szereg szczegółów – przedmiotów, okruchów, wizerunków przeszłości, oddanych przez pisarza ...