POLITYKA

środa, 22 listopada 2017

Polityka - nr 44 (2729) z dnia 2009-10-31; s. 59-61

Kultura

Adam Krzemiński

Historie pisane hieroglifami

Chiny rządzone przez 60 lat przez partię komunistyczną, a od 25 również przez radykalnych kapitalistów, stały się potęgą gospodarczą. Na ostatnich Targach Książki we Frankfurcie próbowały pokazać także inną twarz. Nie bardzo się to udało.

Chińscy wydawcy będący honorowymi gośćmi frankfurckich targów wciąż musieli odpowiadać na pytania, do których u siebie nie są przyzwyczajeni: o los uwięzionych dysydentów, rozliczenie masakry na placu Tiananmen, o Tybet i mniejszość ujgurską. Kamieniem niezgody był udział dysydentów. Tuż przed targami władze chińskie wymusiły wyproszenie z sympozjum poświęconego Chinom m.in. założyciela niezależnego chińskiego Pen Clubu – Bei Linga, który od 1989 r. mieszka w USA. Po protestach prasy zawarto jednak kompromis: emigranci w sympozjum udział wzięli, ale gdy zabierali głos, członkowie oficjalnej chińskiej delegacji wychodzili z sali.

W czasie targów spięć już nie było, choć obok 300 stoisk oficjalnych było również, jak twierdzili organizatorzy, 250 niezależnych, tyle że rozrzuconych po różnych halach. Hasło chińskiej ekspozycji było mało odkrywcze: „Tradycja i innowacja”. Wystrój hali, w której znajdowały się stoiska, był skromny, ale przygotowany ze smakiem. Figura Konfucjusza i cztery symbole tamtejszej tradycyjnej kultury – papier, tusz, książka i pismo chińskie...

To pismo to wprawdzie efektowny znak graficzny, ale także zapis odrębności kulturowej, mur oddzielający Chiny od reszty świata. 50 tys. znaków przy 25 literach naszego alfabetu łacińskiego! Hieroglify kształtują zupełnie inny sposób myślenia, wymagają dłuższej nauki, większej koncentracji i zmysłu estetycznego. Nikt nie jest w stanie zapamiętać wszystkich znaków, na szczęście wystarczy 200 modułów kopiowanych w różnych wariantach. Ta modułowa struktura pisma chińskiego odbija się na chińskiej twórczości. Słynna armia 7 tys. terakotowych żołnierzy także jest zbudowana z modułów: sześć rodzajów oczu, sześć rodzajów nóg, cztery typy rąk, dwa typy uszu i trzy typy wąsów. Każdy artysta wytwarzał swój element figury, w końcu jednak powstała matematyczna kombinacja, w której każdy żołnierz jest inny.

Życie z podróbek

– W kaligrafii chińskiej jest też zakodowana skłonność do traktowania kopii na równi z oryginałem – opowiada sinolog z Heidelbergu prof. Lothar Ledderose. Potwierdza to Yu Hua, urodzony w 1960 r., jeden z najbardziej znanych obecnie pisarzy chińskich. Dzisiejsze Chiny, wywodzi autor powieści „Bracia”, żyją z podróbek. Chińczycy mają nawet na to własne pojęcie: Shanzhai. To nazwa górskiej wioski, do której nie dociera prawo, a chłopi żyją z nielegalnego kopiowania europejskich śmieci. Teraz całe Chiny to jedna wielka górska wioska, w której produkuje się telefony komórkowe Nokir, Samsing, Suny Ericcsun, imitacje Nokii, Samsunga, Sony czy Ericssona. Shanzhai to nie tylko kamery cyfrowe czy MP3, także gwiazdy filmowe, szlagiery, widowiska telewizyjne, rakiety kosmiczne, ale także „demokracja górskiej wioski”.

Gdy Chiny przemierzała sztafeta ze zniczem olimpijskim, to w małych miejscowościach urządzano sobie własne sztafety-shanzhai, w których uczestnictwo było takim samym zaszczytem jak w prawdziwej.

Także monstrualna rewolucja kulturalna była zdaniem Yu Hua rewolucją shanzhai. Nie naruszała ani władzy Mao, ani władzy komunistycznej jako zasady. Według tego samego wzorca rewolucji kulturalnej budowano w latach 80. „kapitalizm górskiej wioski”. Dawny fanatyzm rewolucyjny zastąpiła teraz – błogosławiona przez nowego szefa partii Deng Xiaopinga – równie fanatyczna żądza dorabiania się.

– Prywatne firmy były frontalnym atakiem na monopol firm państwowych – tłumaczy Yu Hua. – Wyglądało to tak, że wicedyrektor generalny małej firmy państwowej skrzyknął chętnych do rebelii. Wywiózł na taczkach dyrektora i zaczął produkcję na nowych zasadach. Ponieważ jednak wygnany zabrał ze sobą znak firmowy, więc nowy dyrektor kazał sporządzić kopię, potem przeciął ją na pół i zarządził, że tylko te umowy będą obowiązujące, które są sygnowane pieczęcią ułomną.

Dziś ta pieczęć górskiej wioski jest znakiem markowym, a jego firma jest na giełdzie.

Chińscy nowobogaccy zaczęli naśladować styl życia zachodniej arystokracji, pobudowali sobie luksusowe wille, piją drogie wina, utrzymują piękne asystentki i nawet trochę mówią po angielsku. To niemal dokładny psychogram Łysego Li, jednego z dwóch bohaterów głośnej (nie tylko w Chinach) powieści Yu Hua „Bracia”. Li siedzi na pozłacanym sedesie i myśli, że mógłby już za te głupie 20 mln dol. polecieć rosyjską rakietą w kosmos, popatrzyć na tę zafajdaną Ziemię, na której nie ma już żadnej rodziny... To znaczy ma, nieudacznika Songa, który też chce, ale nie potrafi uszczknąć czegoś z chińskiego cudu. Kończy tragicznie. Powieść jest oryginalnym chińskim połączeniem negatywu radzieckiego realizmu socjalistycznego z negatywem realizmu magicznego Latynosów. Yu Hua nie ukrywa zresztą zafascynowania Borgesem.

Zapomnieć o gwałcie

Hua, jak wielu chińskich pisarzy, jest urzeczony, ale i z niesmakiem patrzy na chiński cud. Od ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]