POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 10 (12) z dnia 2017-10-04; Niezbędnik Inteligenta. 2/2017. Postczłowiek; s. 56-59

Medycyna przyszłości

Rafał Marszałek

Homo sapiens superior

Czy modyfikowanie genów zarodków będzie wybawieniem od nieuleczalnych chorób, czy sprowadzi na gatunek ludzki zagładę?

W 1951 r. Dupont i Schwartz stworzyli pierwsze ektogenetyczne dziecko – tak rozpoczyna się fantazja brytyjskiego biologa Johna B.S. Haldane’a, który w wykładzie „Dedal lub nauka i przyszłość” wygłoszonym w 1924 r. rozważał możliwe losy ludzkości. Przewidywał, że w nieodległej przyszłości ludzie zrozumieją, iż aby przetrwać jako gatunek, będą musieli zacząć stosować biologicznie zaawansowaną inżynierię społeczną. W tej wizji rodzicami mogliby zostać tylko ludzie o niezaprzeczalnych przymiotach fizycznych, intelektualnych i moralnych. Dzieci na świat przychodziłyby zaś właśnie na drodze ektogenezy: procesu umożliwiającego rozwój embrionu poza ciałem matki. Całe społeczeństwo poddane byłoby więc sztucznej selekcji służącej wspólnemu dobru.

Brzmi znajomo? Powinno, bo ten lejtmotyw często przewija się przez literaturę i kinematografię, a prawdopodobnie najbardziej znanym dziełem wykorzystującym te naukowe fantasmagorie jest „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya (Haldane blisko współpracował z jego bratem Julianem). W prozie angielskiego powieściopisarza rozwijające się ludzkie zarodki były modyfikowane za pomocą chemicznego koktajlu – na początku lat 30. XX w., gdy powstała ta powieść, dziedziczenie było rozumiane wciąż na poziomie raczej abstrakcyjnym. O tym, że za przekaz informacji genetycznej odpowiada DNA, ludzie dowiedzieli się dekadę później.

Koncepcyjnie jednak Huxley zasiał ziarno niepokoju: do publicznej świadomości trafił pomysł, że być może kiedyś da się ludzi zmieniać w powijakach tak, jak jest to społeczeństwu potrzebne i wygodne. Od początku ukształtowała się dychotomia pomiędzy kontrolą reprodukcji, którą umożliwiłby rozwój technologii reprodukcyjnych, a moralnym pytaniem, czy taki dozór, zwłaszcza ingerujący w biologię jednostki, powinien w ogóle być dozwolony.

W czasach Huxleya była to jednak kwestia raczej czysto teoretyczna. Chociaż większość ludzi w mniej lub bardziej intuicyjny sposób zapewne rozumie pojawiający się tu problem etyczny, praktyczne rozwiązania przez dekady były nieosiągalne – a brak takich rozwiązań odsuwał w przyszłość potrzebną debatę na ten temat. Ale technologia dotarła w końcu tam, gdzie wyobraźnia człowieka była już prawie sto lat temu. Powoli, choć systematycznie, ludzie przesunęli granicę tego, co możliwe, przyspieszając moment, w którym już na serio trzeba będzie zadać sobie pytanie, czy i na ile pozwolić na sztuczną modyfikację człowieka?

Początek o imieniu Louise

W latach 50. Robert Edwards, brytyjski biolog i fizjolog, rozpoczął badania nad rozwojem ludzkich komórek zarodkowych, zapłodnieniem i rozwojem embrionalnym. Jako pierwszy pokazał, że ludzkie komórki jajowe mogą rosnąć przed i po zapłodnieniu w warunkach pozaustrojowych, w tzw. szalce Petriego. Jemu ludzkość zawdzięcza także odkrycie, że aby zapłodnienie pozaustrojowe zakończyło się sukcesem, trzeba wykorzystać komórki jajowe, które dojrzały in vivo (czyli w organizmie dawczyni) – do tego momentu bezskutecznie próbowano stosować oocyty dojrzewające in vitro.

W połowie lat 70. Edwards połączył siły z chirurgiem i ginekologiem Patrickiem Steptoem, jednym z wynalazców laparoskopii. Zastosowanie tej techniki umożliwiało nieinwazyjne pozyskanie komórek jajowych, które wcześniej można było uzyskać jedynie chirurgicznie. W lipcu 1978 r. Edwards i Steptoe donieśli w prestiżowym medycznym periodyku „Lancet”, że na świat przyszła zdrowa, ważąca ponad dwa i pół kilograma, dziewczynka – pierwsza w historii osoba sprowadzona na świat dzięki metodzie zapłodnienia pozaustrojowego, zwanego też zapłodnieniem in vitro.

Dziś Louise Brown to jedna z najbardziej rozpoznawalnych osób w historii medycyny. Nazywana jest pierwszym dzieckiem z probówki – to jednak określenie niefortunne, gdyż sugeruje, że różni się od dzieci poczętych w zwykły sposób. Tak jednak nie jest – Louise to w pełni zdrowa kobieta, żona i matka. Gdyby spojrzeć pod mikroskopem na jej komórki i porównać z innymi lub zsekwencjonować jej genom, nie znalazłoby się nic świadczącego o tym, że jest cudem technologii reprodukcyjnej. To samo dotyczy kolejnych pięciu milionów ludzi, którzy od tamtej pory przyszli na świat dzięki technologii zapłodnienia pozaustrojowego.

Niemniej zapłodnienie in vitro od początku wywoływało obiekcje moralne. Edwards był tego w pełni świadom. Poruszył ten temat na łamach „Nature” wiele lat przed narodzinami Louise – w 1971 r. w pracy opublikowanej wraz z prawnikiem Davidem Sharpem. Już wówczas widział potencjalne problemy, które w kontekście modyfikowania ludzkich zarodków pojawiają się dziś nader często. Czy przyszli rodzice powinni mieć prawo wybierać płeć dziecka (możliwość obecnie rutynowo dostępna w przypadku zapłodnienia pozaustrojowego)? Albo sprawdzać, czy transplantowany embrion ma jakieś wady genetyczne? Badacze rozważali też fantazje jak na tamtejsze czasy ułańskie: czy wolno dokonywać innych ingerencji w embrion, np. naprawiając uszkodzenie genetyczne, zwłaszcza w przypadku schorzeń dziedziczonych przez całe potomstwo? I co ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]