POLITYKA

środa, 20 lutego 2019

Polityka - nr 17 (2242) z dnia 2000-04-22; s. 99-101

Społeczeństwo / Obyczaje

Hanna Szulcewicz

Hustler i Hustler

Bajeczny miał być miesięcznik i bajeczne z niego zyski

Zanim tłumacz przysięgły języka angielskiego Sławomir Grotomirski dostał od Larry’ego Flynta, amerykańskiego króla golizny, licencję na „Hustlera”, rozkręcił w Krakowie linię mikrobusową. Nie zrobił jednak wielkiego interesu ani na mikrobusach, ani na publikowaniu książek ks. Józefa Tischnera. W końcu postanowił szukać szczęścia w Ameryce. Z Los Angeles powrócił z plikiem dokumentów i świadomością, że tylko on może w Polsce wydawać popularny „świerszczyk”.

Pod koniec 1997 r. Grotomirski, jako szef wydawnictwa WSG, zaprosił do współpracy Tadeusza Jasińskiego, ówczesnego dyrektora jednej z sieci telewizji kablowych, i mianował go redaktorem naczelnym „Hustlera”. – Roztoczył przede mną wizję świetlanej przyszłości – opowiada Jasiński. – Zapewniał, że stać go na wydanie bajecznie pięknego pisma, przy którym „Playboy” wyglądać będzie jak szkolna gazetka. Bajeczny miał być miesięcznik i bajeczne z niego zyski. – Do głowy by mi nie przyszło, że na kapitał założycielski wydawnictwa, które chce wypuścić na rynek kolorowy miesięcznik, składa się piec kaflowy, kilka krzeseł i zlewozmywak.

Redaktorzy z zapałem wzięli się do pracy, uznając szybko, że polska edycja z założenia powinna być ugrzecznioną i ugłaskaną wersją „Hustlera”. Ze względu na powszechnie panującą dewocję, katolickie wychowanie czytelnika i naciski świętoszkowatych polityków. A więc ładne gołe panie, ale bez pikantnych szczegółów. Żadnej, jak mawiają wydawcy pism erotycznych, ginekologii. Za to w sąsiedztwie gołych pań – słynne nazwiska: Mleczko, Pilch, Stomma ...