POLITYKA

Poniedziałek, 22 lipca 2019

Polityka - nr 30 (2614) z dnia 2007-07-28; s. 100-105

Na własne oczy

Marcin Jamkowski

Ibuka – pamiętaj!

Słowo ibuka brzmi w Rwandzie jak rozkaz: Pamiętaj! Nie zapomnij o milionie braci, którzy zginęli od maczet. To także nazwa organizacji upamiętniającej poległych w chaosie ludobójstwa.

Celestyn miał nieco ponad 20 lat i był kierowcą. Szeregowym pracownikiem, jakich wielu zatrudniała jedna z drukarni w Kigali, stolicy Rwandy. Koledzy z pracy zapamiętali go jako człowieka pogodnego i bezkonfliktowego: wysoki, szczupły, może nawet przystojny, na przedramieniu nosił bransoletkę. Był Tutsim – jak ok. 15 proc. Rwandyjczyków. Jego pochodzenie przyniosło mu zgubę w początkach kwietnia 1994 r., kiedy to kraj pogrążył się w wojnie. Bojówki Hutu dopadły wówczas Celestyna i kilku innych Tutsich na przedmieściu stolicy.

– Zażądali od niego kluczyków do służbowego samochodu i benzyny. Myśleliśmy, że to zwykłe bandziory, zabiorą auto i tyle. Nikt nie podejrzewał, jakie piekło rozpęta się już w najbliższych godzinach – wspomina naoczny świadek wydarzeń, Europejczyk żyjący w Rwandzie od kilkudziesięciu lat. – Jednak samochód ich nie interesował. Wzięli kanister z benzyną i wlali ją przez okienko do zamkniętej kaplicy, w której schroniło się kilka kobiet Tutsi z dziećmi. Nie mogli ich dopaść maczetami, to ...